„Mogłam pozostać w świecie i czynić dobro, i byłabym też pomocna ludziom” – myślała siedemnastoletnia Urszula, nowicjuszka w klasztorze sióstr klarysek kapucynek. I zatęskniła za balami i umizgami kawalerów starających się o jej rękę. A przecież od dziecka tak bardzo chciała naśladować Chrystusa i słuchać Jego głosu. Tak bardzo, że kiedy przełożona klasztoru odmówiła przyjęcia jej do zakonu słynącego z surowego trybu życia, wymusiła na miejscowym biskupie pozwolenie na rozpoczęcie postulatu właśnie w tym miejscu…
Wbrew pozorom, właśnie brak pozwolenia sobie na emocje powoduje, że „wybuchamy”. Odczekujemy dwie, trzy godziny, a potem robimy focha z przytupem i tydzień ze sobą nie rozmawiamy. Albo na kogoś krzyczymy czy też obmawiamy go miesiącami. Dlaczego? – wyjaśnia psycholog, Mateusz Roman Hinc OFMCap
Przyłapywałam się na tym, że gdy brakowało mi inspiracji, entuzjazmu w trakcie trudnego dnia albo pragnęłam przenieść się w wyobraźni w baśniowe miejsce, słowa wypływające spod pióra Tolkiena przynosiły mi spełnienie tych potrzeb i jeszcze więcej... czego nie umiałam nazwać. Sięgałam po coraz dłuższe fragmenty jego książek, a nawet... listów.
Żyjemy w epoce, którą socjologowie nazywają „kryzysem współczucia”. Paradoksalnie, mając tysiące „znajomych” w mediach społecznościowych, nigdy nie byliśmy tak samotni w swoim bólu. Statystyki psychiatryczne biją na alarm: depresja, lęk, myśli samobójcze to plagi XXI wieku, bo ludzie tracą umiejętność bycia przy sobie w cierpieniu. Nie wiedzą, jak pocieszać albo, co gorsza, pocieszają w sposób toksyczny, który bardziej rani niż pomaga. A przecież kiedyś umieliśmy to lepiej robić.
Mimo wielu udogodnień, które miały nam zapewnić więcej czasu i spokój, żyjemy w ogromnym tempie i nieustannym hałasie. Przytłoczeni mnóstwem informacji dozowanych przez różne nośniki, nie potrafimy skupić się, gdy zapanuje wokół nas cisza.

Dowiemy się, jak umiejętnie pocieszać. Doświadczeniem swoim dzieli się psycholog i wolontariuszka w hospicjum.
Czytaj więcej