Dobrego dnia z Ojcem Pio
WTOREK, 21 LISTOPADA 2017: Będziemy naśladowcami Jezusa wówczas, gdy przetrzymamy wszystkie boje życia i będziemy uczestniczyli w Jego triumfie.

Połatani ludzie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Przyzwyczailiśmy się do widoku bezdomnych na naszych ulicach, w dworcowych korytarzach, żebrzących przy sklepach. Często przechodzimy obojętnie lub – z powodu lęku, uprzedzeń bądź niewiedzy – nie umiemy się wobec nich zachować.

Odciskamy na nich ślad własnych opinii, naznaczamy gotowymi teoriami, przyszywamy przysłowiowe łatki, zostawiamy problem za sobą, a sami pozostajemy w utartych schematach. Kierujemy się sloganami, nie dając sobie szansy, by spojrzeć głębiej, a im, by coś zmienić.

Samotność
– Najgorsza w bezdomności jest samotność. To prawdziwe przekleństwo. Człowiek jest bezradny. Nie ma przy sobie osoby, która się zatroszczy, potrzyma za rękę – mówi drżącymi wargami i powstrzymuje płacz Robert, od 9 lat bez domu. – Były przerwy, że gdzieś mieszkałem, np. w ośrodku, ale to nie dom, bo tam nie miałem nic swojego. Bezdomny jestem od rozwodu z Gabrysią. Po pięciu latach małżeństwa rozpoczęły się moje problemy z piciem, a po dziesięciu latach rozpadł się nasz związek.

Robert kocha przyrodę, wędkowanie i chodzenie po górach. Interesuje się historią, kulturami starożytnego Egiptu, Asyrii i Bizancjum. Mocno wierzy w istnienie aniołów i jest pewny, że spotyka je na swojej drodze. Najbardziej lubi filozofować o miłości, relacjach między kobietą i mężczyzną, a myśli przelewa na papier. W jednym ze swoich tekstów zanotował: „Jakby Anioł przeszedł przez pokój, tak mówi się, gdy szczęście woła. A dla mnie wiersze, które piszę, są przejściem tego Anioła”.

– Największym zagrożeniem dla mnie, alkoholika, jest bycie samemu – mówi z przekonaniem. – Szukam miłości. Sypiam w zakamarkach, w krzakach, jeżdżę na gapę nocnymi autobusami, nawet jeśli mnie złapią, to i tak nie mogą mi nic zabrać, bo niczego nie posiadam na własność…

Miodowe duszpasterstwo
Pan Bóg chce nam dzisiaj powiedzieć, że nie odkryjemy Go w pełni, jeśli nie pochylimy się nad bezdomnymi. On się z nimi utożsamił – podkreśla Piotr Wardawy, kapucyn. Prowadzi w Warszawie duszpasterstwo dla bezdomnych, skupione wokół jadłodajni przy Miodowej.

– Cztery lata temu zgłosił się do nas człowiek, który już od jakiegoś czasu pomagał siostrom misjonarkom z Ojcówka, i zadeklarował, że chce udostępnić swój hotelik na rekolekcje dla bezdomnych. Pierwszy taki wyjazd siostry zorganizowały na Boże Narodzenie. Zobaczyły wówczas, że tego rodzaju spotkania powinny odbywać się częściej, i zaproponowały nam poprowadzenie jednej serii rekolekcji. Oczywiście na tym się nie skończyło. Od tamtej pory odbywają się one systematycznie. Teraz co roku (przynajmniej raz na dwa miesiące) prowadzą je kapucyni oraz zaprzyjaźnieni kapłani. Na spotkania przyjeżdża około 40 bezdomnych – opowiada brat Piotr.

– Bezdomni zaczynają wracać do Kościoła, zaczynają się spowiadać, czytać słowo Boże, rozmawiać, dzielić się swoimi doświadczeniami. Przy jadłodajni prowadzimy dla nich duszpasterstwo – tak rozumiem wszystkie nasze działania. Na cotygodniowe spotkania ze słowem Bożym przychodzi około 60 osób.

Kapucyn podkreśla, że chciałby pokazać swoim podopiecznym Kościół, w którym jest dla nich miejsce, przyjazne środowisko: – Naszym celem jest zaszczepić w nich wiarę w to, że Pan Bóg to ostatnia deska ratunku, gdyż największego problemu nie stanowi brak domu, ale samotność. Najważniejsze jest, żeby bezdomny w chwili śmierci wiedział, do kogo ma wołać.

Brakujące ogniwo
Kapucyni zorganizowali w tym roku pierwsze wędrowne rekolekcje dla bezdomnych, których głównymi bohaterami były osiołki z prywatnej hodowli Jarosława Sekuły.

– Oni w niesamowity sposób zaprzyjaźnili się z tymi zwierzętami. Osły są bardzo komunikatywne, co bezdomni szybko wyczuli. Przyjęli odpowiedzialność za prowadzenie i doglądanie zwierząt. Jeden z uczestników przyznał się, że tak się przejął zadaniem, że nawet śnił o osiołkach – wspomina brat Piotr. – Byłem zaskoczony, bo ta wyprawa nie wymagała ode mnie żadnego wysiłku organizacyjnego, wszystko samo się zgrało, oni wiedzieli doskonale, co mają robić. Mieliśmy też czas na wzajemne poznawanie się, na rozmowy, rozwiązywanie konfliktów.

Zakonnik wspomina również zeszłoroczną inicjatywę pomocy powodzianom. Z grupą 13 bezdomnych pomagali usuwać skutki powodzi. – Wtedy zobaczyłem, że ci bezdomni to grupa do zadań specjalnych. Oni naprawdę chcieli pomóc i czuli się potrzebni.

– Często wykluczamy ubogich z życia społecznego, z Kościoła z powodu nieumiejętności ich zaakceptowania, a tak naprawdę wyrzucamy skarb. Oni są brakującym ogniwem w życiu Kościoła. Bezdomni uczą mnie szacunku do człowieka i odpowiedzialności za własne czyny i słowa względem drugiego. Charakteryzuje ich pewien rodzaj przejrzystości: jak ktoś jest zły, to jest zły naprawdę i nie owija w bawełnę – zauważa kapucyn.

Na cztery łapy
Robert oprócz braku domu i pracy, alkoholizmu, samotności zmaga się obecnie z problemami zdrowotnymi – ma złamaną nogę. Ale w tym wszystkim poruszający jest jego optymizm. Śmieje się, że już wiele razy był w tarapatach, a jednak spadał jak kot na cztery łapy. Jest pewny, że to nie jego zasługa.

– Wszystko, co się dzieje w moim życiu, nie jest przypadkiem. Bóg tak układa mi ścieżkę…

– I wiesz, co jeszcze chciałbym zrobić? – pyta, chcąc podzielić się swoim marzeniem. – Pojechać do Izraela i wejść na górę Tabor. Mam przeczucie, że tam czeka na mnie Pan Bóg i chce, żebym tam wszedł. Nie wiem, co stanie się później, ale chcę tam dotrzeć.

– Bezdomność i alkoholizm to mój krzyż, ale czuję, że nie niosę go sam. On zawsze pomaga mi ten krzyż dźwigać. Pamiętam pierwszą Paschę we wspólnocie neokatechumenalnej – była prawie północ, przed porankiem Zmartwychwstania. Pomyślałem wtedy: Panie Boże, nie chcę już nieść tego krzyża, czy będziesz moim Szymonem? I usłyszałem: „Ty nie niesiesz go sam, pozwól mi Twój krzyż nieść za Ciebie”. To huczało mi w uszach jak potężny trzask. Cały czas tak to czuję. Czuję, że przy tym krzyżu jesteśmy obaj – zwierza się Robert.

Innego znaku nie będzie
Główna ulica miasta z kolorowymi butikami. Tłum ludzi. Muzyka dochodząca z klubów. Atmosfera zabawy i beztroski. Zakupy, własne sprawy, dzwoniące komórki i tysiące spraw do załatwienia. Na chodniku leży człowiek, skulony, brudny, w przemokniętym ubraniu, bezdomny. Kolejna przeszkoda na drodze czy może znak, by się zatrzymać, by odczytać coś więcej?

Agata Rajwa

„Głos Ojca Pio” [71/5/2011]


WIERSZ Roberta

Mądrość pustelnika
Samotność, ta cisza, nie jest wcale pustką.
Ja także nie jestem z tej bajki współczesnej.
Jest ona książką, kwiatem i melodią,
myślą piękną, dążeniem wzniosłym, ideałem,
co nie pozwala być jak zwierzę dzikie,
którego żywot śladu nie zostawia...
Jest to odwieczna misja poszukiwań
całego piękna w gwiazdach rozsianego i najwyższego ideału,
w którego mocy straszliwej jest WIEDZIEĆ!
Kto skarb ów posiądzie, ten będzie bogaczem
odzianym w łachmany, śpiącym na kamieniu.

Ostatnio zmieniany piątek, 24 czerwiec 2016 15:03

Nowy numer "Głosu Ojca Pio"

Głos Ojca Pio 108 (6/2017)

Temat numeru: Oswoić samotność

Ojciec Pio pokazywał jak w samotności spotkać Boga i otworzyć serce na drugiego człowieka.

Czytaj więcej

    


Matka Boża Fatimska i Ojciec Pio

  1. Świadectwa
  2. Intencje do Ojca Pio

REKLAMA

WIDEO

Newsletter