Dobrego dnia z Ojcem Pio
PIĄTEK, 23 WRZEŚNIA 2016: Nie zdawaj się wyłącznie na siebie, lecz każdą troskę pośród trudności powierzaj Temu, który jest naszym jedynym Dobrem.
Mój Przyjaciel mnie nie zostawi fot. archiwum Grzegorza Czerwickiego

Mój Przyjaciel mnie nie zostawi

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Bóg nikogo nie skreśla. Nie gorszy się nami. Grzegorz Czerwicki, były skazaniec, który dwanaście lat przesiedział w więzieniu, daje czytelne świadectwo tego, że dzięki Jezusowi jest możliwa skuteczna walka o własną przemianę i realizacja najpiękniejszych marzeń. Chociaż na pewno nie należy to do przedsięwzięć łatwych.                                                              

Poznaliśmy się kilka lat temu na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie. Kiedy stanąłeś przede mną jako przedstawiciel Wydawnictwa RTCK, zobaczyłem w Tobie silnego, pewnego siebie, świetnie ubranego człowieka i – jeśli chodzi o sprawy wydawnicze – profesjonalistę. Słysząc niedawno o Twoim świadectwie, nie mogłem w nie uwierzyć. Grzegorz, jakiego poznałem, jest zupełnie inną osobą niż ten, o którym głosisz świadectwo...
Tak, faktycznie mam za sobą długą drogę, ale co ciekawe, w życiu codziennym nie jestem w stanie tego zauważyć. Dostrzegam to dopiero po powrocie z pracy, podczas chwili refleksji lub rozmów z kolegami z zakładu karnego, którzy pytają, co u mnie słychać. Gdy im opowiadam, wtedy właśnie przypominają mi się wszystkie momenty, które przeszedłem do dzisiaj. Dostrzegam w takich chwilach, jak wiele rzeczy udało mi się dzięki Bogu uporządkować.

Kiedy sięgnąłem po Twoją książkę, szybko się przekonałem, że nie będziesz owijał w bawełnę. Już na szesnastej stronie wspominasz o pobycie w więziennej celi. W młodości mocno się pogubiłeś. Twoja droga była trudna...
Tak, nie było ze mną łatwo, ale często wspominam słowa wypowiedziane kiedyś do mnie przez mamę, że na początku byłem dobrym dzieckiem. Niestety szybko zaczęło się we mnie coś przestawiać. Niebawem zacząłem zauważać nałogi i kłamstwa, które wychodziły z ust moich rodziców czy kolegów. Zauważyłem, że każdy ściemnia – mówi jedno, a robi drugie.

Stopniowo narastała we mnie złość i nienawiść do ojca alkoholika, który często przebywał poza domem, a gdy akurat się w nim znalazł, to nierzadko podnosił na mnie rękę. W moim domu nie zaznałem miłości, więc nienawiść jeszcze bardziej zaczynała wychodzić z młodzieńca, którym byłem. Do tego zaczęły dochodzić problemy na osiedlu, w szkole – byłem chudym, biednym chłopakiem w poszarpanych spodniach, więc rówieśnicy się ze mnie naśmiewali. W pewnym momencie ta agresja wybuchła.

Przerodziła się w złe czyny?
Tak, wszystko zaczęło się rozpędzać w niesamowitym tempie: pierwsza kradzież i zachwyt kolegów (zachwyt, którego nigdy nie widziałem w oczach mojego ojca), alkohol, narkotyki – od marihuany przez grzyby, kwasy aż do amfetaminy, mojej fałszywej przyjaciółki, która całkowicie zrujnowała moje życie...

W międzyczasie pojawiły się problemy w szkole, do której zacząłem przychodzić pijany – gdy nauczyciele mnie budzili, to ich zwyczajnie wyzywałem. Zaczęły się też wagary. Niby nic wielkiego, ale kula u mojej nogi zbierała po kolei następne czyny i zaczynała narastać. W pewnym czasie doszło już do tego, że z kolegami zaczęliśmy popełniać poważniejsze przestępstwa, czyli rozboje, włamania do samochodów i mieszkań – czuliśmy się w tym bardzo pewnie. Myśleliśmy, że dzięki narkotykom będziemy bezkarni. Pojawiły się wyroki: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty...

Więzienie było tylko kwestią czasu?
Na tym etapie byłem już na skraju wyczerpania psychicznego i duchowego. Dziś mówię o tym jako o duchowym i psychicznym więzieniu – do nich trafiłem w pierwszej kolejności. Więzienie psychiczne zaczęło się dla mnie od momentu, gdy usłyszałem od ojca, że jestem niewypałem – te słowa bardzo mocno sprowadziły mnie na ziemię i wywołały we mnie jeszcze więcej buntu.

Był to bardzo bolesny zwrot w moim życiu – jeszcze do tej pory pracuję z tymi słowami, bo wiadomo, że Zły tylko czyha, by na nowo wykorzystać takie momenty w ludzkim życiu. Widać to trochę na okładce mojej książki pt. „Nie jesteś skazany”. Wyglądam na niej na człowieka pewnego siebie, bo wiem, za kim idę, ale za mną jest przeszłość, są korzenie, które szatan spróbuje wykorzystać za każdym razem, gdy będę miał słabszy dzień.

Czy przestępcza droga została jakoś zatrzymana?
Nie. Zaczęliśmy organizować rozboje, napadać na ludzi, bić ich, okradać. W pewnym momencie zważałem już nie tyle na pieniądze i na to, że mogą rozwiązać wiele moich życiowych problemów, co na strach ludzi. Chciałem, by się mnie bali. Wraz z kolegami zaczęliśmy ich krzywdzić, prześladować, bić. Dziękuję Bogu, że nikogo nie zabiliśmy, bo i to mogłoby się zdarzyć.

Teraz stać mnie na to, by uśmiechać się, przypominając sobie niektóre sytuacje, bo widzę, że zawsze miałem obok siebie dobrego Anioła Stróża. Przytoczę tu jedno wydarzenie, którego nie opisałem w książce: Kiedyś zostałem uprowadzony i byłem więziony w bagażniku samochodu. Ludzie, którzy spodziewali się ode mnie sporej sumy pieniędzy, stwierdzili, że nie jestem w stanie im tego ogarnąć, więc postanowili wywieźć mnie do lasu i zakopać. Nie wiem, skąd nabrałem w tamtej chwili tyle śmiałości, że zacząłem się z nich śmiać i powiedziałem im: Kurna, na niczym mi już nie zależy. Nie mam rodziny, nie mam życia, jestem bezdomny, a ty chcesz mnie zabić, człowieku?! To tobie będzie groziło dwadzieścia pięć lat czy nawet dożywocie – bo mnie prędzej, czy później znajdą. To ty pójdziesz do więzienia, to ty będziesz siedział. Goście zdębieli, gdy zacząłem tak do nich mówić. Teraz wiem, że siedział obok mnie mój Anioł Stróż i podpowiadał, co mam mówić.

Wspominasz, że byłeś też bezdomny. Jak do tego doszło?
Najtrudniejszy i najsmutniejszy jest fakt, że w ogóle nie zauważyłem swojej bezdomności – tak bardzo byłem pochłonięty nałogami. Alkohol, narkotyki, pornografia i chęć posiadania pieniędzy zupełnie mnie zajęły. Paradoksalnie właśnie chęć zdobycia pieniędzy okazała się być tak wielką złudą, że zaprowadziła mnie na dno, gdzie musiałem układać sobie kartony w śmietniku i szukać gazet, żeby się czymś przykryć.

Na szczęście (i nieszczęście jednocześnie) moja bezdomność nie trwała długo, bo niebawem spotkałem kolegę. Z nim zacząłem znowu robić napady i w konsekwencji po miesiącu znowu wylądowałem w więzieniu.

Upragniona wolność była dla Ciebie zbyt wymagająca?
Kiedy pierwszy raz trafiłem do więzienia, miałem osiemnaście lat. Byłem młodym, chudym chłopakiem, który przeżył w więzieniu bardzo dużo. Była trauma, prześladowania psychiczne. Jednak w pewnym momencie nastąpił zwrot i z ofiary stałem się katem. Zauważyłem, że tak dłużej nie może być – zacząłem dużo ćwiczyć, dopakowałem się sterydami i stałem się oprawcą. Tak doszedłem do przekonania, że sam ogarnę swoje życie. Myślałem, że jestem jego panem i nikt nie będzie mi mówił, co mam robić. Byłem przekonany, że ze wszystkim sobie poradzę: odnajdę mamę, siostrę, poukładam sobie życie, pójdę do pracy, założę rodzinę i wszystko będzie w porządku. Jednak teraz widzę, że to była iluzja. Gdy wyszedłem z więzienia po raz pierwszy, od razu poszedłem do sklepu monopolowego i tak wyglądała moja wolność. Byłem niewolnikiem na wolności.

Ani pierwszy pobyt w zakładzie karnym, ani wyjście na wolność nie były dla Ciebie momentami faktycznej przemiany życia. Jak więc doszło do tego, że zacząłeś się zmieniać? Skąd czerpałeś motywację?
Poszukiwałem trzech wartości. Po pierwsze, fajnego, oddanego i dobrego przyjaciela, takiego, który nie ściemnia, tylko robi tak, jak mówi. Po drugie, szukałem też prawdziwej miłości, bo w domu i wśród dziewczyn, z którymi byłem, jej nie zaznałem. W końcu szukałem także nadziei – na to, że nie wrócę już do więzienia i wszystko się ułoży. Myślę, że moje nawracanie nieświadomie rozpoczęło się wcześniej, bo zacząłem szukać i chcieć czegoś więcej.

Znalazłem w sobie odwagę, by w więzieniu rozmawiać o tym z kolegą, z którym grałem w gry na konsoli i czytałem książki. Był on recydywistą i w więzieniu spędził już sporo czasu – dłużej niż ja, bo prawie dwadzieścia pięć lat. Jeśli recydywista może być dla kogoś autorytetem, to on był nim dla mnie w tamtym momencie. Jego słowa mocno mnie poruszały. Obaj byliśmy ateistami.

To on, widząc, że czytam różne książki, pewnego razu wypalił, że w horrorach i kryminałach nie znajdę tego, czego szukam, ale poleca mi książkę historyczną, czyli prawdziwą, bo opisującą to, co się wydarzyło naprawdę, która będzie kresem moich poszukiwań. Gdy spytałem go o tytuł, odparł, że chodzi o Pismo Święte.

Ateista polecił Ci lekturę Pisma Świętego?
Właśnie. Z pewnym niedowierzaniem słuchałem tego, co do mnie mówił, i nawet spytałem: Stary, ty wczoraj coś ćpałeś? Schodzi ci jakiś towar czy co? Śmiałem się z niego dość głośno, tak że nawet koledzy się zlecieli i pytali, o co chodzi. – A ja odpowiedziałem: No Pismo Święte mi każe czytać! Wariat!

W tym czasie wśród więźniów miałem już pewną pozycję. Dużo osób mnie znało, a ja uważałem, że Pismo Święte jest dla cieniasów. Generalnie mówiło się, że kto jest blisko wiary, ten może sprzedawać (bo wiadomo – trzeba mówić prawdę)... Stąd nie było mi z takimi po drodze, ale mój kumpel nadal mnie przekonywał. Powiedział, że sam przeczytał Biblię trzy razy i choć do niego nie trafiła, to jednak jest w tej książce wszystko, czego szukam: miłość, przyjaźń, nadzieja. Choć wróciliśmy po tej rozmowie do gry na konsoli, mieliła mi ona w głowie. Przez tydzień chodziłem i, śmiejąc się, mówiłem do siebie: Pismo Święte... Zwariował! Co on ma w bani?! Może tylko udaje ateistę? Próbowałem to jakoś ogarnąć.

Któregoś dnia podczas treningu chodziłem po celi, bo była dość duża (siedemnastoosobowa – prawie hangar), i zobaczyłem Pismo Święte przy łóżku jednego staruszka. Nie miałem odwagi iść do księdza i o nie poprosić, więc zagadałem do tego współwięźnia i spytałem, czy by mi nie odsprzedał tej książki. Widziałem, że staruszek nie miał nic do palenia, więc zaproponowałem mu za nią dwa papierosy. Zgodził się z radością. Ubił interes życia. Tak przysiadłem do tego Pisma Świętego i zacząłem czytać.

Trudne były te Twoje pierwsze spotkania z Biblią?
Tak. Zacząłem czytać, przerabiać każdą Ewangelię po kolei, ale często zatrzymywałem się przy różnych fragmentach, bo niewiele rozumiałem. Wtedy byłem tylko ja i słowo. Czytałem, a potem, leżąc na łóżku, rozmyślałem nad tym, jak to czy inne zdarzenie z życia Jezusa było w ogóle możliwe. Bacznie obserwowałem Jego życie i to, co On wyprawia.

W tym czasie często przypominała mi się babcia, która czasem opowiadała o Jezusie. Wróciły wspomnienia Biblii dla dzieci, którą kiedyś miałem. Ale były to tylko skrawki. Nie lubiłem tego, jak babcia mi wyjaśniała, że Bóg za dobro wynagradza, a za zło każe. Nie kleiło się to z moim obrazem siebie: przecież byłem dobrym dzieckiem – to dlaczego mnie nie wynagrodził, a zamiast tego spotkała mnie patologia w domu. Wyczuwałem w tym jakiś fałsz.

Wertowałem jednak Pismo dalej. Trafiłem na fragment: Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego. Odkryłem, że przecież ja samego siebie nie lubię! Zacząłem schodzić do podziemi swojego serca, do więzienia psychicznego, w którym tkwiłem. Ważny był dla mnie moment, gdy przeczytałem opis drogi krzyżowej i przeanalizowałem wszystko, co wydarzyło się przed nią i podczas niej.

Jezus stał się dla mnie wiarygodny, ponieważ był kozakiem, który przeciwstawiał się słowem. Poza sceną z oczyszczeniem świątyni nikogo nie uderzył i ze względu na to był dla mnie niesamowity. Nie widziałem w nim nienawiści! Był czysty i odpowiadał argumentami, które pokazywały, że dodatkowo martwi się o tych, którzy go atakują – to było dla mnie wręcz bezcenne. Gdy przeczytałem opis pojmania Jezusa, podczas którego Piotr odciął ucho Malchosowi, wprost nie mogłem uwierzyć w reakcję Jezusa – w to, że natychmiast uzdrowił swojego prześladowcę. Nie mieściło mi się to w głowie.

Historia Jezusa stała się dla Ciebie inspiracją?
Najbardziej poruszył mnie motyw zmartwychwstania. Wpatrywałem się w uczniów pozamykanych przed Pięćdziesiątnicą jak cykory na siedem spustów i czytałem to jak książkę przygodową. Kiedy nagle przyszedł do nich Jezus z przesłaniem Idźcie i głoście, nie wiedziałem, jak to przetrawić. Przez długi czas pracowało to we mnie, robiło mocne spustoszenie, bo byłem na etapie schodzenia do swojego serca i szczerych rozmów ze sobą.

Dzięki temu, że w pewnym momencie nawiązałem ten dialog z samym sobą i tam zaistniał temat Jezusa, pojawił się we mnie spokój i zaczęło wychodzić na zewnątrz to, co miałem w środku. Zacząłem mniej przeklinać, a w końcu w ogóle to zarzuciłem. Szczególną uwagę zwróciłem na to, jak Jezus uzdrowił niewidomego. Pomyślałem: Ja przecież widzę, nie musi mnie uzdrawiać. Ale potem przyszła refleksja: Czy na pewno widzisz? I kolejna myśl: Może faktycznie nie widzę... I dalej: No to jak ja chcę widzieć? Przyszła odpowiedź: Chcę widzieć to, co Ty widzisz. Tak jak Ty, Jezu, patrzysz na nich. Tak chcę widzieć! Nagle zaczęły mi się oczy otwierać na współwięźniów, na kolegów...

Jak oni reagowali na to, co się z Tobą działo?
W pewnym momencie dla moich kolegów stałem się wariatem. Kiedy zaczęło się uzdrowienie, przestałem ćpać, palić papierosy, przeklinać, zacząłem odmawiać różaniec. Moje uzdrowienie nie rozegrało się w konkretnej chwili, ale rozciągnęło się w proces: poszedłem do pracy, później do szkoły – widać było u mnie przemianę i to, że coś ze sobą robię.

Wielu osobom to przeszkadzało, ponieważ łamałem więzienne stereotypy, zasady, których się nie łamie, np. względem funkcjonariuszy. Kiedy przychodziło Boże Narodzenie i w naszej celi pojawiał się funkcjonariusz, by złożyć życzenia, ja wtedy wypalałem do niego z opłatkiem i nim się łamałem. Podczas mszy świętej przekazywałem znak pokoju wszystkim dookoła i dodatkowo jeszcze funkcjonariuszom. Takich rzeczy więźniowie nie robili.

Koledzy patrzyli na mnie jak na wariata, ale ponieważ miałem już pewną pozycję wśród więźniów, bali się mnie. Wciąż trenowałem i ćwiczyłem różne sztuki walki, byłem duży, więc wszyscy woleli mnie nie ruszać, bo pewnie mam zwyczajny odpał (co w więzieniu wielu osobom się zdarzało). Mówili między sobą: Jak wyjdzie na wolność, to życie go zweryfikuje.

Ja tymczasem robiłem swoje i nie zwracałem uwagi na ich reakcje. Nawet gdy usłyszałem podobne słowa od nich, przyjmowałem je jako wyzwanie, bo wiedziałem, że mój Przyjaciel mnie nie zostawi, a im odpowiadałem: Wrócę do zakładu karnego i opowiem wam, jak fajnie jest na wolności. A oni na to: Wrócisz, ale w kajdankach!

Jak dziś, nawiązując do słów papieża Franciszka, pomagać ludziom zejść z miękkiej kanapy egoistycznego i wygodnego stylu życia?
Myślę, że najważniejsze jest szukanie tego, co chce się robić, a nie pogoń za jak największym zarobkiem, bo takie życie przyniesie ze sobą pustkę. Jeśli będziemy dążyć do tego, by robić dobre i piękne rzeczy, w którymś momencie przyjdzie błogosławieństwo i nawet się nie spostrzeżemy, kiedy pojawią się pieniądze.

Gdy wyszedłem za drugim razem z więzienia, miałem masę długów (które spłacam do tej pory), ale dzięki Bogu zwracałem uwagę na to, co chcę robić, na rozwój i budowanie relacji z Przyjacielem oraz ludźmi dookoła, a nie na szybki zysk.

Co robisz, by nie zatrzymać się w procesie przemiany?
Dbam o swoje życie duchowe. Regularna spowiedź (a wcześniej dobre do niej przygotowanie) to drobny, ale ważny element, którego bardzo trzeba pilnować. Sam spowiadam się raz w tygodniu. Rozmawiam też z kierownikiem duchowym. Zwłaszcza dbam o to, by wypowiadać głośno wszelkiego rodzaju podszepty i niedopowiedzenia, by nie mogły później nam szkodzić.

Robię tak również w małżeństwie – jestem głęboko przekonany, że gdy oboje patrzymy na Jezusa, druga osoba pełni rolę przekaźnika Ducha Świętego i pomoże rozwiać wszelkie czarne myśli, jeśli tylko zostaną wypowiedziane.

Nigdy nie można się poddać w walce z sobą samym o dobre, godne i wartościowe życie. Nie można dopuścić, by samemu stać się przeszkodą do realizacji własnych marzeń.

 

Rozmawiał br. Wojciech Czywczyński OFMCap


Grzegorz Czerwicki – ma trzydzieści sześć lat, mieszka w Nowym Sączu. Szczęśliwy mąż i ojciec. Pochodzi z rozbitej rodziny z problemami alkoholowymi. Sam był uzależniony od amfetaminy i wielu innych używek. Takie życie doprowadziło go do całkowitego zagubienia, bezdomności i próby samobójczej. Gdy miał osiemnaście lat, trafił do więzienia. W 2015 roku, po dwunastu latach pobytu w zakładzie karnym, w którym się nawrócił, zaczął całkowicie nowe życie. Dzisiaj występuje jako ewangelizator i mówca motywacyjny. Jest autorem programu profilaktycznego „Skazany na wolność” oraz rekolekcji „Jak przeciwstawiać się złu?”. Swoje życie i jego przemianę opisał w książce „Nie jesteś skazany”.

 

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 14 wrzesień 2020 11:31

Nowy numer "Głosu Ojca Pio"

Głos Ojca Pio 125 (5/2020)

Głos Ojca Pio 125 (5/2020)

Autorzy starają się zachęcić do działania i zmiany życia na lepsze. Najbardziej przekonującym przykładem jest były więzień, Grzegorz Czerwicki.

Czytaj więcej

    


  1. Świadectwa
  2. Intencje do Ojca Pio

REKLAMA

WIDEO

Newsletter