Dobrego dnia z Ojcem Pio
NIEDZIELA, 5 KWIETNIA 2020: Pamiętajmy, że miłości nie można powiedzieć dość!
Niby ork, a jednak elf fot. Adam Maniura

Niby ork, a jednak elf

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Choć z urody przypominam bardziej orka, to jednak w kwestiach radzenia innym zgadzam się z elfem Gildorem z „Władcy pierścieni” Tolkiena, który tak powiedział jednemu z bohaterów tej powieści: „Elfowie rzadko udzielają niepotrzebnych rad, bo rada to niebezpieczny podarunek, nawet między Mędrcami, a każda może poniewczasie okazać się zła”. W radzeniu staram się być wstrzemięźliwy, ale w modlitwie w intencjach osób powierzających mi swoje problemy jestem rozrzutny.

Nigdy nie pełniłem żadnej funkcji kojarzonej z liderowaniem. Nawet na boisku podczas gry w piłkę byłem jedynie zwykłym zawodnikiem i nigdy nie nosiłem opaski kapitana. Nie inaczej jest w życiu rodzinnym, gdzie dla uniknięcia różnicy zdań wolę, gdy ostateczne decyzje zapadają za zgodą mojej szanownej małżonki. Mam wyobrażenie na temat tego, jakie przymioty powinien posiadać lider, ale sam nie chcę aspirować do roli przewodnika stada. Poniżej spróbuję to wyjaśnić.

Tym razem zacznijmy od sceny filmowej. Mam na myśli dzieło wyreżyserowane przez Randalla Wallace’a „Byliśmy żołnierzami”, które opowiada prawdziwą historię amerykańskiego pułkownika Hala Moore`a (w tej roli Mel Gibson) szkolącego młodych oficerów przed wyjazdem na misję w Wietnamie. Uczy ich, że dobry oficer to ten, który jako pierwszy staje na polu bitwy i ostatni je opuszcza. Kiedy dochodzi do prawdziwej akcji, pułkownik Moore wyrusza ze swoimi żołnierzami i jako pierwszy stawia stopę na polu walki, a jako ostatni wsiada do helikoptera po trzech dniach krwawej bitwy z przeważającymi siłami wietnamskimi. Warto tu podkreślić, że pułkownik był głęboko wierzącym katolikiem, mężem i ojcem sporej gromadki dzieci. Może dziwić, że wątek ten nie został pominięty w filmie, bo z reguły katolicy w oczach twórców z Hollywood to fanatyczni prostacy z nizin społecznych.

Ilekroć myślę o kierowniku duchowym, przywódcy czy ojcu rodziny, mam na myśli sceny z tego filmu. Chciałbym być takim ojcem i liderem, ale prawda jest taka, że daleko mi do ideału. Kiedyś jeden ze znajomych złożył wspaniałe świadectwo o swoim ojcu. Powiedział, że pozwalał mu kosztować życia. Kosztować, a nie zachłysnąć się nim. Towarzyszył mu w najważniejszych momentach, by nie tyle kontrolować i wyręczać syna, ale wspierać i ewentualnie mu doradzać. Dziś wielu rodziców, wychowawców i duszpasterzy nie interesuje się tymi, których Bóg powierzył ich pieczy. Wiem, że moje córki będą podejmowały samodzielne decyzje, ale chcę dać im poczucie, że im towarzyszę, że jestem gotowy im pomóc. Im będą starsze, tym bardziej będą odczuwały pragnienie niezależności. To normalny cykl, choć tak trudny dla obu stron. Pamiętam upomnienia mojego ojca górnika, który pouczał mnie, że nie dbam o wiele rzeczy, bo zbyt łatwo je zdobywałem. Puszczałem to mimo uszu, ale zrozumiałem go, gdy sam poszedłem pracować w kopalni. Gdy wróciłem do domu po pierwszej dniówce, totalnie wymęczony, podszedłem do ojca siedzącego w fotelu… przyklęknąłem na jedno kolano, pocałowałem go w dłoń, dziękując za wszystko i przepraszając za moje zachowanie.

Miałem też to szczęście, że spotkałem kilku dobrych kierowników duchowych. Szkoda, że tak mało osób świeckich korzysta z dobrodziejstwa stałej współpracy z kapłanem w kwestiach rozwoju duchowego i tak niewielu kapłanów pragnie udzielać tego typu posługi. Ci pierwsi żyją w przeświadczeniu, że sami sobie dadzą radę w rozwiązywaniu dylematów związanych z wiarą i moralnością, a ci ostatni jakby się bali przyjąć odpowiedzialność za kształtowanie i kierowanie postępami w wierze pojedynczego wiernego. Nie wahamy się korzystać z osobistego trenera, dietetyka, korepetytora, stylisty czy psychoterapeuty, a całkowicie zaniedbujemy rozwój naszej wiary. Może wynika to stąd, że stali spowiednicy nie pobierają opłat za swą posługę, a nic, co darmowe, nie jest przez nas cenione... A może zwyczajnie nie zależy nam na naszej wierze?... Ludzie płacą wielkie kwoty, by na kozetkach w gabinetach psychoterapeutów mówić o swoich problemach, a lekceważą posługę kapłanów, którzy przecież nie działają sami, ale z ustanowienia Bożego. Nie krytykuję tych pierwszych, ale można zaobserwować, że kiedy opustoszały konfesjonały, zapełniły się gabinety.

Osobiście unikam udzielania porad i wskazywania możliwych rozwiązań. I choć z urody przypominam bardziej orka, to jednak w kwestiach radzenia innym zgadzam się z elfem Gildorem z „Władcy pierścień” Tolkiena, który tak powiedział jednemu z bohaterów tej powieści: „Elfowie rzadko udzielają niepotrzebnych rad, bo rada to niebezpieczny podarunek, nawet między Mędrcami, a każda może poniewczasie okazać się zła”. W radzeniu staram się być wstrzemięźliwy, ale w modlitwie w intencjach osób powierzających mi swoje problemy jestem rozrzutny.

Tekst i fotografia Adam Maniura


Adam Maniura – mąż, ojciec, katecheta i miłośnik fotografii, prowadzi fotoblog bytominside.pl

Ostatnio zmieniany środa, 15 styczeń 2020 15:47

Nowy numer "Głosu Ojca Pio"

Głos Ojca Pio 122 (2/2020)

Pokazuje, jak radzić sobie w sytuacjach, które nas przytłaczają i zdają się bez wyjścia. O tym, jak przetrwać ciemności ducha, dowiemy się z przykładów: Viktora Frankla, psychiatry oraz Carla Campaniniego...

Czytaj więcej

    


  1. Świadectwa
  2. Intencje do Ojca Pio

REKLAMA

WIDEO

Newsletter