Dobrego dnia z Ojcem Pio
PIąTEK, 6 GRUDNIA 2019: Jakże miły to dar, kiedy daje się kwiaty wraz z pierwszymi owocami drzewa.

Pociąg do życia

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Gdy był dzieckiem zapisał w zeszycie: „Ja lubię pociągi, a może nawet kocham, ale dla nich nie zrezygnuję z mojego powołania…”.  Konsekwentny, pełen pasji i pomysłów, kochający życie; w słabościach i cierpieniu odnalazł źródło siły i mocy, którą „zarażał” innych. Ksiądz Jan Kaczkowski – syn, brat, kapłan o ciepłym uśmiechu i spojrzeniu dającym nadzieję. Jaki był? Gdzie dorastał? Jak jego chorobę i cierpienie przeżywali najbliżsi? W osobistych wspomnieniach o ks. Janie opowiadają Helena i Józef Kaczkowscy, rodzice.

Śledząc historię ks. Jana, można zauważyć, że od pierwszych chwil życia zmagał się ze słabością i kruchością. Urodził się jako wcześniak, potem pojawiła się u niego poważna wada wzroku i zez, z którym wiązały się liczne operacje. Jak sobie z tym radził?
Józef Kaczkowski: Na początku pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Staraliśmy się go traktować tak samo, jak pozostałe nasze dzieci. Choć czasami sobie nawet wyrzucam, że może niepotrzebnie przekazałem mu pasję do jeżdżenia na nartach. Wszyscy w rodzinie bardzo lubiliśmy ten sport, nie chciałem, żeby Jan był pominięty, choć upadki mogły być dla niego niebezpieczne ze względu na oczy. Poza tym wszystkie zabawy i działania odbywały się normalnie i on w tym wzrastał. Ale z czasem stawał się świadomy ograniczeń swoich możliwości – na przykład nie grał w piłkę. Myślę, że dostosowywał się automatycznie do otoczenia.

Helena Kaczkowska: Na samym początku to nie on walczył, tylko my podejmowaliśmy walkę. Trzeba było mu poświęcić więcej troski niż pozostałym naszym dzieciom. Jeździłam z nim do Witkowic pod Krakowem do pani profesor Krystek, której zespół operował mu zeza wynikającego z krótkowzroczności (syn miał bardzo osłabione mięśnie). Pamiętam, że znosił to zupełnie dobrze. Nie przejmowałam się też za bardzo szkołą, nie chcieliśmy go izolować od rówieśników, choć nie był sam, bo miał starszą siostrę i brata. Raz spróbowaliśmy indywidualnego nauczania przez rok. Niestety pani nauczycielka, która do niego przychodziła, marzyła o pracy w Peweksie, więc miała zupełnie inne powołanie (śmiech). Po tym doświadczeniu włączyliśmy go do normalnej szkoły. Musiał siedzieć w pierwszej ławce ze względu na krótkowzroczność, nie zawsze wszystko widział, stąd też nie zawsze prowadził zeszyt, ale za to był bardzo inteligentny, elokwentny i wszystko zapamiętywał – był to rodzaj obrony, którą w sobie wykształcił. Często miał ostre riposty nie tylko wobec kolegów, ale też nauczycieli. On w ogóle od początku był bardzo sprytnym dzieckiem, tylko ja mu nie dowierzałam, bo stale sprawdzałam, czy on się dobrze rozwija. Pamiętam taką sytuację: jak jeszcze był mały, siedział w łóżeczku i chciałam sprawdzić, czy pamięta odgłosy zwierząt – pytałam go, jak robi krówka, piesek i on wszystko dobrze naśladował. Po chwili przyszłam do niego jeszcze raz i zapytałam o to samo, a on zaczął odpowiadać odwrotnie. Zdezorientowana już zaczęłam się martwić, że coś jest nie tak, do momentu, kiedy zauważyłam u niego wprost szelmowski uśmieszek i zorientowałam się, że on po prostu sobie ze mnie kpił, bo za często go o to pytałam (śmiech).

Ksiądz Jan był postrzegany przez innych jako człowiek bardzo odważny, pełen energii i mocy. Czy właśnie w taki sposób Państwo go wychowywali? Wyniósł te cechy z domu?
J.K.: Miał taki charakter, już taki się urodził. Może też z czasem wyrobił to w sobie, ponieważ musiał zmagać się ze swoimi niedomaganiami i walczyć o siebie. Jego słabości paradoksalnie dodawały mu siły.

Czy widzieli Państwo też tę moc i siłę w synu, kiedy pojawiła się diagnoza o raku, doświadczenie kolejnej choroby i cierpienia?
J.K.: To był dla niego szok. Na taką wiadomość nikt nie jest przygotowany. Ale też szybko się z nią pogodził. Nie siadł i nie rozpaczał, tylko cały czas podejmował działanie.

H.K.: Zaczęliśmy szybko szukać sposobu na leczenie i Jan jak zwykle miał ogromne szczęście: pozyskał sponsora, którego imienia i nazwiska nie mogę zdradzić, bo taka była jego prośba. To intensywne zainteresowanie ludzi wokoło i rozpoczęcie leczenia nie pozwoliły mu na wiele rozmyślań, tylko na zbieranie sił po kolejnym zabiegu czy operacji.

Co Państwu dodawało siły w towarzyszeniu choremu synowi?
J.K.: Jego siła, bo on cały czas powtarzał, że musi żyć na pełnej petardzie, zdając sobie sprawę z tego, że jego lata są policzone. Chciał żyć jak najbardziej intensywnie, realizując plany, które sobie założył – takim celem było np. puckie hospicjum, które chciał doprowadzić do takiego stanu, żeby mogło funkcjonować w pełni już bez niego.

H.K.: On po prostu nie miał czasu na rozmyślanie. Będąc chorym, podróżował, jeździł po różnych parafiach, głosił kazania, zbierał ofiary na hospicjum. Pamiętam jego wyjazd do Australii. Stoczyliśmy batalię, żeby odwieść go od tego pomysłu, ale on się zaparł, że pojedzie i tak też zrobił. A zaprosił go tam zupełnie nieznany człowiek, pan Marek, który usłyszał w Internecie audycję Jana, podczas której opowiadał o swojej chorobie. Pan Marek sam miał żonę chorą na raka, która nie mogła odejść. Zastosował się do tego, co Jan opowiadał o chorobie, o odchodzeniu – by pozwolić odejść chorej osobie, nie zatrzymywać jej na siłę przy sobie. Posłuchał jego rad i z wdzięczności zaprosił Jana do siebie.

Jan był non stop w ruchu i wymyślał ciągle nowe akcje. Krótko po tym, jak został kapłanem, wymyślił letnie wyjazdy do Rzymu dla dzieci, których rodzice bądź rodzeństwo zmarli. W Rzymie miał serdecznego przyjaciela Piotra, który zajmował się organizacją noclegów i oprowadzał dzieci po mieście. Pamiętam, jak Jan mi oznajmił, że jedzie do Rzymu z grupą 18 dzieci. Zdecydowałam, że mu pomogę. Celem Jana było pokazanie dzieciom nie tylko miasta, ale także kultury: chciał, by spróbowały tamtejszych dań, poznały życie tamtejszych mieszkańców. W ten sposób chciał im pomóc w traumatycznym przeżyciu straty najbliższych. Jan chciał im pokazać świat. Rozumiał, co przeżywały.

Ksiądz Jan dodawał Państwu odwagi?
H.K.: Początek, kiedy dowiedział się o diagnozie, był dla niego trudny, ale potem zebrał się i zaczął intensywnie działać. Oczywiście był świadomy przebiegu choroby. Raz wrócił ze szpitala i jednym tchem oznajmił: „Wiesz, mamo, w hospicjum jest młody człowiek, który tak samo jak ja ma glejaka”. Mnie to już wystarczyło. Za jakiś czas przyszedł z informacją, że ten człowiek z glejakiem już odszedł. Mówił to w sposób naturalny, bez żadnej dyskusji. W hospicjum na co dzień miał doświadczenie choroby i śmierci. Był z nią oswojony, ale każdą śmierć osobiście przeżywał. Bardzo często prosił pielęgniarki, żeby go budzić, jeśli ktoś odchodził w nocy, poświęcał wtedy swój czas na spowiedź.

Myślę, że dzięki tym rozmowom, obcowaniu z ludźmi, którzy odchodzą, wiedział więcej niż my. Był raz taki przypadek, że umierał ojciec, którego życzeniem było, by przyjechał do niego do hospicjum syn. Jan zadzwonił do tego syna, rozmawiał z nim, ale ten ze względu na żal, jaki miał do ojca od dzieciństwa za to jak traktował jego, matkę i rodzeństwo, nie chciał absolutnie go widzieć. Jan poinformował syna o tym, gdzie ojciec przebywa, ale ani razu nie rozkazał mu, żeby przyjechał, zostawił mu wolną wolę. Tak samo, rozmawiając z ojcem, przekazał mu informację, że syn o wszystkim wie, ale też nie obiecywał mu jego przyjazdu, nie pocieszał go w sposób naiwny. Zostawiał wolną wolę, otwartą sytuację. Myślę, że dzięki temu ludzie chętnie się przed nim otwierali, bo nigdy im niczego nie narzucał, nie pocieszał ich nadmiernie.

J.K.: Bardzo pomagał ludziom, którzy odchodzili, był specjalistą od rozmowy. Zresztą razem z Katarzyną Jabłońską z „Więzi” napisał podręcznik o tym, jak rozmawiać z człowiekiem umierającym, jak powinna postępować rodzina, jak traktować rodzinę umierającego; miał ogromne doświadczenie w tej materii.

Czy pragnienie stworzenia hospicjum towarzyszyło ks. Janowi od początku wyboru powołania?
J.K.: Nie. Gdy był wikariuszem w Pucku, to za bardzo nie chciano, żeby pracował w szkole. Jego przełożeni obawiali się, że nie poradzi sobie ze względu na słaby wzrok. Został posłany jako kapelan do szpitala, gdzie zetknął się z ludźmi, którzy nie nadawali się do leczenia szpitalnego i byli odsyłani do domu, bez objęcia żadną dodatkową opieką.

H.K.: Najpierw z pielęgniarką Anną Labudą stworzyli tzw. hospicjum domowe. Wtedy jako młody, 25-letni człowiek jeździł do chorych do domu i widział warunki, w których przebywali. Tak zrodziło się w nim pragnienie, żeby stworzyć dla nich lepsze miejsce. Oczywiście nie chodziło o to, żeby odseparować chorych od rodziny, wręcz przeciwnie… Jednak hospicjum często stwarza specjalistyczne warunki, które rodzinę przerastają, np. podawanie kroplówki itp.

Patronem hospicjum, które stworzył ks. Jan, jest św. Ojciec Pio. Dlaczego właśnie on?
J.K.: W zasadzie tego nie wiemy. Musiał być z nim szczególnie związany, ale też nie wszystko nam mówił. Były inne sugestie ze strony stowarzyszenia co do patronów, ale Jan przeforsował Ojca Pio.

Za co Państwo podziwiają syna? Czego on Państwa nauczył?
J.K.: Najbardziej zawdzięczam mu to, że oswoił nas ze śmiercią, swoją i naszą. Stale się ten temat przewijał i nie był niczym nadzwyczajnym. Sam jestem już po osiemdziesiątce i podchodzę do tego tematu naturalnie i spokojnie. Tak samo traktował go Jan.

Zadziwiły mnie u niego dwie rzeczy. Po pierwsze fakt, że dał sobie radę jako katecheta w szkole zawodowej (bo – przełożeni i ja – powątpiewaliśmy, czy to się uda). Okazało się, że złapał z młodzieżą doskonały kontakt i bardzo polubił tę pracę. Zresztą zaangażował swoich uczniów w pomoc chorym, co przyniosło niesłychane efekty. Sam był zdumiony, gdy widział, z jakim poświęceniem ścielą łóżko chorego, jak są pomocni w przyniesieniu sprzętu. On ich zmobilizował do wolontariatu. Pokazując im cierpienie, przemieniał ich, a oni byli mu wdzięczni za takie doświadczenie. Drugą sprawą, która mnie zadziwiła, był jego sposób zbierania środków na hospicjum: jeździł po Polsce z kazaniami jak żebrak, ale ludzie chcieli go słuchać, przychodziły tłumy, on potrafił mówić do wszystkich. Był szczery i przekazywał ludziom autentyczne historie, a oni odnajdywali w nich prawdę.

H.K.: Często po całym takim dniu wracał do domu strasznie zmęczony. Siadaliśmy z nim, a on opowiadał, jak było. Zawsze był zadowolony, nigdy nie narzekał. Zamykał jedną sprawę, a już myślał o następnej.

Jak Państwo przeżyli sam moment odchodzenia ks. Jana? Jak on sobie z tym radził?
J.K.: On nas do tego przygotował, chociaż sam moment śmierci jest zawsze trudny. Mówił nam o przebiegu odchodzenia i w jakiś sposób nas z tym oswoił.

H.K.: Najpierw leżał w Pucku w hospicjum, a potem ostatnie dni przed śmiercią był u nas w domu. Podczas pobytu w Pucku siadał na wózku i spowiadał chorych. Pamiętam, że wtedy miał ogromny posłuch u tych, którzy do niego przychodzili – on sam umierający spowiadał tych, którzy również odchodzili. Kiedy przebywał w domu, przychodziła do niego pielęgniarka. Zapytała mnie, czy jestem świadoma, że to już jest agonia. Oczywiście nie byłam świadoma, ale odruchowo odpowiedziałam, że wiem.

Ta sytuacja dała mi dużo do myślenia. Widzieliśmy, że choroba robi swoje. Pewnego razu poprosiliśmy go, żeby podpisał kilka książek i w pewnym momencie on tylko postawił kropeczkę, bo nie był w stanie nic więcej zrobić. Ale on nas na to przygotował. Mówił, żebyśmy się nie martwili jego odchodzeniem, że najpierw zapomni czytać, potem pisać, następnie zapomni smaki, potem jak się je, a na koniec zapomni oddychać.

Odchodził pod bardzo dobrą opieką, do domu przyjeżdżały wspaniałe pielęgniarki z hospicjum. Były wszystkie razem w pokoju, ale zachowywały się bezszelestnie; jak jedna rozmawiała z Janem, to pozostałe milczały, nigdy nie mówiły jednocześnie – tak ich wychował Jan, tak funkcjonowało jego hospicjum – dyskretnie, z szacunkiem, zawsze stając naprzeciwko chorego w trakcie rozmowy, a nie za nim.

Jan odchodził idealnie spokojny, nie odważę się powiedzieć, jak wiele miał w sobie z anioła. Przede wszystkim zapamiętałam ostatnie jego słowo – miłosierdzie. On nie błagał o nie, tylko wyznaczał mu najważniejsze miejsce w życiu. Byłam przy nim wtedy z córką Magdaleną, mocno wsłuchiwałyśmy się w jego słowa.

Skąd Państwo biorą siłę po doświadczeniu odejścia swojego dziecka?
J.K.: Dodaje nam siły pamięć o nim; żyje wśród ludzi, wspominają go. Jan pozostawił po sobie dobro, które nadal trwa. Nawet parę dni temu dostałem telefon w sprawie „Areopagu etycznego” – Jan wymyślił to wydarzenie razem z przyjacielem, Piotrem Szelągiem. Co roku w Pucku zbierają się studenci medycyny, młodzi lekarze, zapraszani są ciekawi goście po to, by uczyć się rozmawiać o śmierci, przekazywać informację choremu. Tradycja tych spotkań przetrwała do dziś, odbywają się regularnie. Towarzyszą im dyskusje i rozmowy, nawet zaangażowani są aktorzy, którzy odgrywają przykładowe scenki rozmów pacjent-
-lekarz. W tym roku pani organizator zaprosiła mnie na otwarcie, bo chciała szczególnie podziękować Janowi za to, że pomógł jej synowi wyjść ze złego towarzystwa, narkotyków, dzięki temu, że zaangażował go w wolontariat. Jestem z niego dumny.

H.K.: Cały czas czuję jego obecność. Od momentu choroby Jana fizycznie nie płaczę, może dlatego tak dzielnie wyglądam. Jest to takie doświadczenie, które już będzie nam towarzyszyć do końca, trzeba z nim żyć. Staram się, by nie obciążać tym dzieci i wnuków. Jest to rodzaj obrony, ale pewnie oni o tym wiedzą i w jakiś sposób też współodczuwają.

Rozmawia Agata Szweda

"Głos Ojca Pio" [120/6/2019]

Ostatnio zmieniany wtorek, 12 listopad 2019 13:07
Więcej w tej kategorii: « Będę robił swoje

Nowy numer "Głosu Ojca Pio"

Głos Ojca Pio 120 (6/2019)

Temat numeru: Moc w słabości

Najnowszy numer zaprasza do rozważań na temat ludzkiej słabości, z której można jednak czerpać siłę. Pokazują to przykłady: Andrzeja Sowy, byłego narkomana oraz ks. Jana Kaczkowskiego.

Czytaj więcej

    


POLECAMY

  1. Świadectwa
  2. Intencje do Ojca Pio

REKLAMA

WIDEO

Newsletter