Dobrego dnia z Ojcem Pio
PONIEDZIAłEK, 22 LIPCA 2019: Choćby świat się zapadł, wszystko ogarnęły ciemności i zapanował kompletny chaos, Bóg nadal jest z nami.
Chór „B” fot. Adam Maniura

Chór „B”

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Mimo wielu udogodnień, które miały nam zapewnić więcej czasu i spokój, żyjemy w ogromnym tempie i nieustannym hałasie. Przytłoczeni mnóstwem informacji dozowanych przez różne nośniki, nie potrafimy skupić się, gdy zapanuje wokół nas cisza.

Wiedziałem, że wcześniej czy później Redakcja postawi przede mną wyzwanie, z którym nie będę potrafił się zmierzyć. Jeśli ktoś jest tak mało kompetentny w dziedzinie muzyki jak ja, to konieczność pisania na ten temat jest dość karkołomnym zajęciem. Znajomość gry na jakimkolwiek instrumencie zerowa, poczucie rytmu zerowe, gust muzyczny nieokreślony, zdolności taneczne poniżej średniej, zdolności wokalne…

No właśnie, te nieszczęsne zdolności wokalne. Podczas mojego pobytu w seminarium mieliśmy zajęcia ze śpiewu. Profesor (światowej sławy specjalista) każdego studenta próbował przesłuchać i dzielił nas na dwa chóry. Chór „A” tworzyli bracia uzdolnieni wokalnie i muzycznie. To nadzieja świata artystycznego i wizytówka zakonu, jeżdżąca z koncertami po kraju i poza jego granice. Natomiast wszyscy inni zasilali szeregi chóru „B”. Z nimi zajęcia miały zdecydowanie inny przebieg. To bardziej wykłady o muzyce, niż z muzyki. Słuchaliśmy wielkich dzieł, wielkich twórców, ale sami nie wnosiliśmy żadnego wkładu w tę wzniosłą dziedzinę kultury. Dla dobra ludzkości lepiej było trzymać nas pod kluczem i blokować wszelkie występy. Jak łatwo się domyślić, zasiliłem skład chóru „B”, który utwierdził mnie w przekonaniu, że ze śpiewu raczej nie wyżywię rodziny. Dlatego moja opinia dotycząca muzyki nie jest miarodajna.

Dobrze. Skoro już ustaliliśmy, że jestem muzycznym beztalenciem, mogę przejść do głównego tematu. Niedawno moja młodsza córka przeprowadzała ze mną małą ankietę do szkoły. Pytania w stylu: co tata lubi jeść, jaki jest jego ulubiony film itp. Wśród nich jedno było bardziej ogólne i dotyczyło tego, co ogólnie lubią tatusiowie. Bez chwili wahania odparłem, że bardzo lubię ciszę. Nic nie mam do słuchania muzyki czy ciekawej rozmowy, ale w ciszy jest to coś.

Kilka lat temu w drodze do Krakowa odwiedziłem na chwilę modlitwy jeden z klasztorów klauzurowych (zamkniętych). Uśmiechnięty furtian wpuścił mnie do kościoła. Okazało się, że jestem sam w ogromnej świątyni i natychmiast poraziła mnie absolutna cisza. Może zabrzmi to dziwnie, ale w głowie aż dudniło mi od myśli i dźwięków, które tam ze sobą wniosłem. Dopiero po dłuższej chwili udało mi się wyciszyć i wtedy odkryłem, że cisza jest czymś niesamowitym i normalnym. W hałasie trudno o przemyślenia czy skupienie. Ludzie to dosyć hałaśliwy gatunek. Nawet w kosmos wysyłamy urządzenia, które zakłócają tamtejszą ciszę, śląc informacje o naszym istnieniu w nadziei, że ktoś równie hałaśliwy nas usłyszy.

Pismo Święte również ukazuje nam wartość ciszy. Któż z nas nie zna fragmentu o uciszeniu burzy na jeziorze (por. Mt 8, 23-27), w którym oprócz wielkiego cudu, jakim jest opanowanie żywiołów natury, zadajemy sobie wraz z apostołami najważniejsze pytanie: „Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?” Nie pytali o to, gdy uzdrawiał, gdy rozmnażał jedzenie dla tysięcy, gdy wyrzucał złe duchy, a nawet gdy wskrzeszał zmarłych. Nie pytali o to nawet podczas sztormu na jeziorze, gdy walczyli o przetrwanie. Dopiero w absolutnej ciszy zastanowili się nad tym, kim dla nich jest Jezus Chrystus?

Paradoks polega na tym, że mimo wielu udogodnień, które miały nam zapewnić więcej czasu i spokój, żyjemy w ogromnym tempie i nieustannym hałasie. Przytłoczeni mnóstwem informacji dozowanych przez różne nośniki, nie potrafimy skupić się, gdy zapanuje wokół nas cisza. Znam ludzi, którzy w celu jej uniknięcia zasypiają przy włączonym telewizorze i budzą się przy pomocy radia.

Zachowujemy się podobnie jak uczniowie Jezusa. Nawet do liturgii wprowadzamy wiele hałasu, używając niezgodnych z przepisami instrumentów czy pląsając przed ołtarzem, co bardziej przypomina protestanckie nabożeństwa zza oceanu, niż sprawowanie sakramentów. Cały ten kościelny hałas przeszkadza nam zbliżyć się do Boga. Obserwując te i podobne trendy w muzyce sakralnej, wypada poddać w wątpliwość stwierdzenie, że kto śpiewa, ten dwa razy się modli. Mimo tylu atrakcyjnych form, kościoły pustoszeją z każdym rokiem. W liturgii wielu szuka siebie i swoich doznań ponad możliwość oddania należnej czci Bogu.

Ostatecznie i tak wrócimy do śpiewania starych i sprawdzonych „Godzinek”, za co Bogu niech będą dzięki.

Ostatnio zmieniany czwartek, 11 lipiec 2019 12:40
Więcej w tej kategorii: « Zamiast broni instrumenty

Nowy numer "Głosu Ojca Pio"

Głos Ojca Pio 118 (4/2019)

Temat numeru: Muzyka duszy

Najnowszy numer „Głosu Ojca Pio” zaprasza do refleksji nad muzyką sakralną. Autorzy artykułów opowiadają o  tym, jak ta niezwykle istotna dziedzina sztuki przenosi nas do tajemniczego świata...

Czytaj więcej

    


POLECAMY

  1. Świadectwa
  2. Intencje do Ojca Pio

REKLAMA

WIDEO

Newsletter