Dobrego dnia z Ojcem Pio
PIĄTEK, 19 MAJA : Niech twoja myśl zawsze dąży do Boga, a nigdy nie przegrasz.
Pierścionek zaręczynowy po raz drugi Jake Pierrellee/Unsplash.com

Pierścionek zaręczynowy po raz drugi

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

W związku sakramentalnym jesteśmy od dwudziestu pięciu lat. Nasze małżeństwo w tym roku powinno świętować tzw. „srebrne wesele”. Piszę „powinno”, ponieważ nie były to całkowicie wspólnie przeżyte lata…

Pobraliśmy się w 1997 roku. Miałam wówczas dwadzieścia pięć lat, mój mąż dwadzieścia sześć. Byliśmy zatem w odpowiednim wieku, by założyć rodzinę. Decyzję o zawarciu małżeństwa podjęliśmy wspólnie i świadomie. Na początku wspólnej drogi wszystko się układało. Obydwoje pracowaliśmy, a ja jednocześnie kontynuowałam studia zaoczne. Mieliśmy czas dla siebie. W niedziele i święta uczestniczyliśmy we mszy świętej. Okresowo, czyli przeważnie przed świętami, przystępowaliśmy do sakramentu pokuty i to było wszystko z „Bożych spraw”. Nie praktykowaliśmy nigdy wspólnej modlitwy ani też żadne z nas nie zastanawiało się nad tym, jak pielęgnować sakramentalność związku.

Rok po ślubie przyszła na świat nasza pierwsza córka. Byliśmy szczęśliwi. Jednak z upływem czasu praca, studia, domowe obowiązki i opieka nad małym dzieckiem okazały się dużym wyzwaniem. Zmęczenie, choroby, egzaminy, nocna nauka, kłopoty finansowe, wspólne zamieszkiwanie z moimi rodzicami i szereg innych spraw nasilały między nami konflikty, które powodowały, że zaczęliśmy się małymi kroczkami od siebie oddalać. Coraz mniej ze sobą rozmawialiśmy i coraz mniej czasu poświęcaliśmy sobie nawzajem.

W 2004 roku Pan Bóg obdarzył nas drugą córeczką. Znów nastąpiły cudowne, szczęśliwe narodziny i chwila, która na pewien czas zbliżyła nas do siebie.

Niestety, nie trwało to długo. Niezrozumienie i ciągłe wzajemne pretensje zniechęcały do wspólnych rozmów. Nie umieliśmy znaleźć żadnego rozwiązania. Coraz więcej cichych dni budowało między nami mur. Nasz kryzys osiągnął swoje apogeum. Brak czułości, dobrego słowa i wyrozumiałości przyczyniły się do tego, że czułam się coraz bardziej samotna. Ciągle milczący i niezadowolony mąż działał na mnie depresyjnie. Żyliśmy obok siebie. Bezsilność i jednocześnie brak chęci do walki o nasze małżeństwo, skłoniły mnie do podjęcia decyzji o rozstaniu. Zaproponowałam więc mężowi formalną separację, na którą nie chciał się zgodzić.

Ostatecznie poprosiłam go, aby się wyprowadził na pewien czas, byśmy mogli od siebie odpocząć i przemyśleć wiele spraw. Od tego momentu nasza rodzina już nigdy nie była razem.

Funkcjonowałam jako samotna matka z dwójką dzieci. Nie było łatwo, ale z pomocą bliskich dawałam radę. Mąż odwiedzał dzieci. Nigdy też nie utrudniałam im kontaktów z ojcem. Minęły cztery lata, w ciągu których mąż podejmował próby scalenia naszego związku, ale z mojej strony było to niewykonalne. Nie chciałam mieć już z nim nic wspólnego.

W 2008 roku odbyła się nasza rozprawa rozwodowa. Zyskaliśmy cywilną wolność. Poczułam dziwną ulgę… Nie myślałam jednak o ponownym zamążpójściu. Bojaźń Boża, którą w sobie skrywałam, kazała mi nieustannie pamiętać o bezpowrotnie zawartym ślubie kościelnym. Nie chciałam też bardziej komplikować życia dzieciom. Było to trudne, zwłaszcza kiedy musiałam stoczyć walkę sama ze sobą, by nie ulec pokusie, kiedy na mojej drodze pojawiała się osoba mówiąca tym samym co ja językiem.  

Pan Bóg miał jednak wobec mnie inny plan.

W katolickiej szkole, w której uczyła się moja młodsza córka, co roku odbywały się rekolekcje dla rodziców, w których chętnie uczestniczyłam. Pewnego razu prowadził je wędrowny katecheta drogi neokatechumenalnej. Mówił w nieco inny sposób niż wszyscy. Słuchałam z uwagą każdego słowa. Na zakończenie zaprosił wszystkich na katechezy, które głosił w jednym z krakowskich kościołów. Skorzystałam z tego zaproszenia, a potem wstąpiłam do wspólnoty neokatechumenalnej. Tak zaczął się proces mojego nawrócenia. Słuchając regularnie słowa Bożego, odkryłam, że jest ono skierowane do mnie i mogę przeglądać się w nim jak w zwierciadle. Bóg do mnie mówił, a Jego słowa nieustannie we mnie pracowały. Zaczęłam widzieć swój grzech i dostrzegać u siebie rzeczy, których nigdy przedtem nie zauważałam. Po raz pierwszy usłyszałam wtedy kerygmat i poczułam, że Bóg kocha mnie pomimo słabości i upadków. Moje poczucie własnej wartości zaczęło szybować w górę. Zaczęłam poznawać naukę Jezusa i zachwycać się jej mądrością. Dowiedziałam się też, że mam dozgonny obowiązek modlić się za zbawienie sakramentalnego małżonka, bez względu na to, czy jesteśmy razem.

Zaczęłam się więc modlić. Regularnie karmiona słowem Bożym, otoczona wspólnotą ludzi, którzy też borykali się z wieloma problemami, zyskałam inne spojrzenie na wiele spraw. Zmieniało się moje serce. Topniała w nim zawziętość i wrogość do męża. Jezus z wielką delikatnością uzdalniał mnie do tego, aby wybaczyć. Był to długi proces. Zawiła była też droga do pojednania.

W 2016 roku pojechałam z córkami na pielgrzymkę do Medjugorje, gdzie ofiarowałam wszystko Matce Bożej i zdałam się na wolę Boga. Minęło wtedy dwanaście lat od rozstania z mężem.

Odpowiedź była szybka i zaskakująca. Po powrocie z pielgrzymki mąż poinformował mnie, że wstąpił w kolejny związek małżeński. Sytuacja wydawała się jasna i zamknięta. Zaczęłam wówczas myśleć o wniesieniu pozwu do Sądu Metropolitalnego o rozpatrzenie ważności naszego małżeństwa. Szukając informacji na ten temat, trafiłam przypadkowo na stronę wspólnoty Trudnych Małżeństw „Sychar”. Zamiast do sądu wybrałam się na spotkanie jej krakowskiego ogniska. I… zatrzymałam się tam na dłużej. Podczas gdy w neokatechumenacie otrzymywałam formację duchową, w „Sycharze” zyskałam duże wsparcie, by trwać w wierności małżeńskiej. Nie ustawałam także w modlitwie osobistej i wspólnotowej.

Trzy lata później mąż poprosił mnie o wybaczenie przeszłości i wyraził chęć powrotu. Wniósł pozew rozwodowy i rozstał się ze swoją cywilną małżonką. Wybaczyliśmy sobie nawzajem, ale powrót do siebie po szesnastu latach rozłąki nie był łatwy. Nie da się wymazać wszystkich zranień, blizny pozostaną. Dlatego z pomocą może przyjść tylko Bóg. Doświadczyłam wielokrotnie Jego cudownej łaski: uzdrowienia serca i wybaczenia. Moim narzędziem walki jest więc głównie modlitwa. Udało się nam już dwukrotnie razem wyjechać na rekolekcje połączone ze specjalnymi warsztatami dla małżeństw. Kontynuujemy te spotkania w dominikańskich „Małych grupach”. Mnie one bardzo pomagają. Walka o siebie będzie trwała pewnie zawsze, ale warto zaufać Jezusowi i poddać się Jego terapii, która czasami zaskakuje.

Chciałabym, abyśmy tym razem dobrze przygotowali się do odnowienia przysięgi małżeńskiej. W końcu otrzymałam po raz drugi pierścionek zaręczynowy…

Tekst Izabella i Maciej

„Głos Ojca Pio” [135/3/2022]

Ostatnio zmieniany piątek, 29 kwiecień 2022 22:08

Nowy numer "Głosu Ojca Pio"

Głos Ojca Pio 135 (3/2022)

Głos Ojca Pio 135 (3/2022)

„Głos Ojca Pio” nie pozostaje obojętny na rzeczywistość. W obliczu wojny na Ukrainie w nowym numerze omawiane są problemy związane z zaburzeniem przyjaznych relacji międzyludzkich.

Czytaj więcej

        


 

  1. Świadectwa
  2. Intencje do Ojca Pio

REKLAMA

WIDEO

Newsletter