Żyjemy w epoce, którą socjologowie nazywają „kryzysem współczucia”. Paradoksalnie, mając tysiące „znajomych” w mediach społecznościowych, nigdy nie byliśmy tak samotni w swoim bólu. Statystyki psychiatryczne biją na alarm: depresja, lęk, myśli samobójcze to plagi XXI wieku, bo ludzie tracą umiejętność bycia przy sobie w cierpieniu. Nie wiedzą, jak pocieszać albo, co gorsza, pocieszają w sposób toksyczny, który bardziej rani niż pomaga. A przecież kiedyś umieliśmy to lepiej robić.
Siedziała naprzeciwko mnie w gabinecie trzydziestoletnia kobieta o pogodnej zazwyczaj twarzy, teraz wykrzywionej w grymasie bezradności. „Wszyscy wokół mnie cierpią – powiedziała cicho. Przyjaciółka straciła dziecko. Brat walczy z rakiem. Sąsiadka ma depresję i nie wychodzi z domu. A ja... po prostu nie wiem, co powiedzieć. Boję się zadzwonić, napisać, odwiedzić. Bo co im powiem? Że będzie dobrze? To kłamstwo. Że rozumiem? Tego przecież nie rozumiem. Więc milczę i wstydzę się tego milczenia”. Ta historia nie należy do wyjątków. To epidemia naszych czasów.
Kiedyś wspólnoty potrafiły oplatać zranionego człowieka siecią drobnych gestów wsparcia. Siedziały przy łóżku chorego. Trzymały za rękę umierającego. Płakały razem z wdową. Co się stało? Gdzie zgubiliśmy pocieszanie, tę podstawową ze wszystkich umiejętności? Może dlatego, że nikt nas tego nie uczył? Może dlatego, że w kulturze sukcesu i pozytywnego myślenia cierpienie stało się zawstydzające i trzeba się z nim ukrywać? A może po prostu zaniedbaliśmy trening serca w najbardziej fundamentalnej z cnót?
Biblia mówi o pocieszeniu konkretnie: ono dzieje się między Bogiem a człowiekiem tu i teraz. Wezwanie „pocieszajcie mój lud” (Iz 40,1) wyraźnie wskazuje, że nikogo nie można zostawić samego z jego bólem. Ducha Świętego nazywa się Parakletem – stojącym obok – On nie usuwa cierpienia jednym tchnieniem, ale wchodzi w nie razem z człowiekiem. Jego obecność nie oddala trudności, lecz sprawia, że nie trzeba ich dźwigać w samotności. Jezus idzie jeszcze dalej i mówi: „Błogosławieni, którzy się smucą…” (Mt 5,4). To zdanie nie łagodzi bólu, ale nadaje mu sens. Sugeruje, że właśnie tam, gdzie człowiek doświadcza kruchości, może otworzyć się przestrzeń spotkania i przemiany. W tym świetle pocieszenie nie jest uspokojeniem ani prostym „wszystko będzie dobrze”. To raczej wierne trwanie przy kimś z jego pytaniami, lękami i ciszą. I może właśnie dlatego tak mocno współbrzmi z odkryciem psychologii, dzięki któremu wiemy, że najgłębsze wsparcie zaczyna się od obecności, nie od rozwiązań.
Ojciec Pio, kapucyn z San Giovanni Rotondo, wiedział o cierpieniu wszystko. Jego własne życie było pasmem niewyobrażalnego bólu: stygmaty, które paliły jak żywy ogień, noce ciemne, ataki demonów, oszczerstwa współbraci. A jednak to właśnie on stał się największym pocieszycielem swojej epoki. Tysiące ludzi przychodziły do niego, by usłyszeć słowo nadziei. Na czym polegał sekret jego pomagania? Otóż podstawą była głęboka relacja z Aniołem Stróżem, którego traktował jak najbliższego przyjaciela i współpracownika w dziele niesienia ulgi cierpiącym.
Co, jeśli ty również masz takich pomocników? Co, jeśli twój Anioł Stróż tylko czeka na to, abyś pozwolił mu nauczyć cię sztuki pocieszania? Co, jeśli istnieje duchowy program treningowy, który może przemienić twoje bezradne milczenie w uzdrawiającą obecność?...
Tekst br. Piotr Kwiatek OFMCap
„Głos Ojca Pio” [GOP 161/5/2026]
Cały artykuł w drukowanym wydaniu „Głosu Ojca Pio”:
wydanie papierowe – zamów
wydanie elektroniczne (pdf) – zamów
e-wydanie – zamów
brat Piotr Kwiatek – kapucyn, doktor psychologii, wykładowca. Specjalizuje się w psychologii pozytywnej. Autor artykułów i książek.

