Dobrego dnia z Ojcem Pio
22 KWIETNIA: Cierpienie jest krótkie, a nagroda wieczna.
Ojciec do zadań specjalnych fot. stock.adobe.com

Ojciec do zadań specjalnych

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

„Synu, powiedz, co się stało?" – proszę. „Nie teraz, tato, ludzie jeszcze chodzą, przyjdzie na to czas w nocy” – słyszę w odpowiedzi. Kładziemy się spać. Światła zapalone, a wertikale rozsunięte, żeby pielęgniarki widziały, co się dzieje. Wtedy Olek mówi: „Bo wiesz, kiedy tak płakałem i przeżywałem, mama nie umiała mnie pocieszyć. I wtedy wytłumaczyła mi, o co chodzi z moją chorobą. Powiedziała, że muszę pomóc Jezusowi nieść Jego krzyż”. „Słucham? Tak ci mama powiedziała?” – pytam, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałem”. „Tak!” – potwierdza Olek. „I co jej odpowiedziałeś?” – drążę dalej. Na co on ze spokojem mówi...

Przychodzę na świat w Białymstoku, ale dorastam w przepięknej leśniczówce w okolicach Łomży, skąd po ukończeniu Społecznego Liceum Ogólnokształcącego im. ks. kard. Stefana Wyszyńskiego w Łomży wyjeżdżam do Stanów Zjednoczonych. Mieszkam tam kilka lat: w stanach Iowa i Kolorado, a także w Chicago i Nowym Jorku. Wartości wyniesione z domu nie pozwalają mi pozostać na emigracji mimo szybkiej kariery, dobrych przyjaciół i sukcesów finansowych. Chcę wrócić, zwłaszcza że podczas jednych z wakacji w Polsce poznaję Ewę. Bardzo szybko bierzemy ślub i przedostatni pobyt w Ameryce spędzamy razem.

Do kraju wracam w październiku 2001 roku, po ataku na WTC. Zaledwie kilka miesięcy później zakładam pierwszą firmę handlową, ale praca „na swoim” w Polsce na przełomie wieków nie jest tak prosta jak w Stanach Zjednoczonych. Ruszam więc w poszukiwaniu sukcesu do Skandynawii, gdzie zaczynam współpracę z potomkami wikingów: Grimurem Vikingurem oraz jego wujkiem. Jeden działa w Islandii, a drugi w Finlandii. Jednak w 2008 roku przychodzi wielki kryzys, który sprawia, że biznes pada, a ja muszę radzić sobie w Polsce, mając malutkie dzieci, kredyty i rozpoczętą budowę domu. Stan beznadziei dopełnia śmierć wspólnika z Islandii.

Korpo czeka, wzywa mnie z daleka!
By ratować sytuację finansową, podejmuję pracę w koncernach motoryzacyjnych. Pracuję dla największych, bardzo szybko osiągam stanowisko menedżerskie i odpowiadam za losy zawodowe setek, a następnie tysięcy pracowników. Bardzo szybki awans i kolejne, coraz lepsze posady przyczyniają się do mojego duchowego upadku. Jestem gościem we własnym domu: pojawiam się w nim raz na dwa tygodnie, a czasem i rzadziej (integracje, targi, wycieczki itd.). Wszystko jest ważniejsze od ukochanej żony, dzieci i domu. Kiedy zaczyna brakować sił i moim życiem rządzi stres, pojawiają się nałogi i zdrady...

Staję na skraju życiowej przepaści. Przydarza mi się wiele wypadków, w których ocieram się o śmierć. Jednocześnie otrzymuję mnóstwo znaków cudów dziejących się wokoło, ale nie potrafię się ocknąć, tak bardzo jestem oddany bogu, któremu na imię mamona, kariera i uciechy cielesne... W ryzach trzyma mnie ogromne ego, wiecznie głodne, które lubi być karmione pseudosukcesami.

Grom z jasnego nieba
Jest cudownie. Wszystko idzie pięknie, kariera się rozwija. Wybieramy się z dziećmi na narty. Tylko nasz syn źle się czuje: bolą go kości, dostaje skoliozy kręgosłupa i płacze po nocach. Zabieramy go więc na badanie, a potem jedziemy całą rodziną w góry. Podczas pobytu otrzymujemy telefon ze szpitala, że musimy natychmiast wracać, ponieważ ze względu na niepokojące obrazowanie u syna trzeba wykonać więcej badań.

Wracamy. Drugie badanie wykazuje, że jest to choroba kości, która robi ogromne spustoszenie w organizmie. Nie mogę w to uwierzyć. Zaczyna się leczenie w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Olkowi wycinają najpierw jedno żebro, potem drugie. Następnie w wyniku pomyłki zamiast ósmego usuwają mu dziewiąte. Tamto się rozsypuje. Wysyłają próbkę do badania histopatologicznego. Wynik jest niejednoznaczny, bo uszkodzenia kości są poważne. Nie ma pewności co do rodzaju choroby, wiadomo tylko, że przypomina nowotwór złośliwy, szybko postępuje, więc trzeba się przygotować na najgorsze.

Jednocześnie zaczyna się wyścig z czasem. Olek ma zaledwie dziewięć lat, cierpi, ale dzielnie przechodzi operacje. Usuwają guzy i wstawiają mu stabilizację kręgosłupa – metalowy pręt, cztery śruby na górze, cztery na dole – i na siłę zaczynają prostować skoliozę. Oni prowadzą eksperymenty medyczne, a my jesteśmy jak ślepi we mgle. Próbujemy się modlić i szukać ratunku. Znajomi mówią, że najlepiej robić to za wstawiennictwem świętych i polecają swoich ulubionych. Ja jednak nie umiem się modlić ani też nie mam na to czasu. Muszę zająć się dzieckiem i pracować na utrzymanie rodziny. Córkę zostawiamy u teściów, sami zaś dzielimy się dyżurami przy synu. Zasuwam więc do roboty – nie mogę jej zaniedbać, ponieważ oprócz pracy w korporacji motoryzacyjnej od pewnego czasu zacząłem budować sieć szkół językowych – a tylko na noc przyjeżdżam do szpitala, zmieniając żonę Ewę, która całymi dniami opiekuje się Olkiem.

Olek pęka, ja niosę krzyż
Pewnego dnia na salę Olka trafia chłopiec, który uczy się w jednej z moich szkół. Kuba ma szesnaście lat, ogromnie cierpi i traci siłę do walki. Po jakimś czasie umiera. Wtedy Olek pęka. Nie ma w nim już wcześniejszego twardziela. Płacze z żalu: „Dlaczego to ja!? Nie chcę być łysy! Nie chcę umierać! To nie może się tak skończyć!”. Żona nie jest w stanie go uspokoić i dzwoni do mnie po pomoc. Wsiadam do samochodu i pędzę do szpitala, łamiąc przepisy drogowe. Kiedy jednak wchodzę do sali syna, on i żona śmieją się i – jak gdyby nigdy nic się nie stało – układają klocki Lego. Uderzam wtedy do Ewy z pretensjami: „Każesz mi przyjechać, bo sobie nie możesz poradzić, a wy się śmiejecie?!”. Ona zaś odpowiada: „Zajmij się synem i z nim porozmawiaj, on ci wszystko wytłumaczy. Ja idę odpocząć”.

Zatem siadam do układania klocków z Olkiem – tak mija nam popołudnie. W końcu proszę: „Synu, powiedz, co się stało?”. „Nie teraz, tato, ludzie jeszcze chodzą, przyjdzie na to czas w nocy” – odpowiada. Kładziemy się spać, ja na karimacie obok łóżka syna. Światła zapalone, a wertikale rozsunięte, żeby pielęgniarki widziały, co się dzieje. Wtedy Olek mówi: „Bo wiesz, kiedy tak płakałem i przeżywałem, mama nie umiała mnie pocieszyć. I wtedy wytłumaczyła mi, o co chodzi z moją chorobą. Powiedziała, że muszę pomóc Jezusowi nieść Jego krzyż”. „Słucham? Tak ci mama powiedziała?” – pytam, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałem”. „Tak!” – potwierdza Olek. „I co jej odpowiedziałeś?” – drążę dalej. Na co on ze spokojem mówi: „Skoro On potrzebuje, muszę Mu pomóc”. „Ale jak to sobie wyobrażasz?” – nie daję za wygraną. „Tato, dziadek mówił, że byłeś ministrantem. Więc jak z tego wyjdziemy, będziemy mogli pomagać ludziom” – wyjaśnia. „Dobra, synu, przysięgam Ci, że tak będzie!” – obiecuję na koniec.

Następnego dnia nie jadę już do pracy. Idę do szpitalnej kaplicy na mszę. Jest właśnie Wielki Post, więc po niej ma się odbyć droga krzyżowa. Stoję za filarem i słyszę, jak kapelan mówi: „Dzisiaj krzyż będzie niósł zapłakany tata, który stoi na końcu kaplicy. Ale niech Pan go niesie, nie stawia”. I tak się dzieje. Podczas nabożeństwa przy dziesiątej stacji, gdy Pan Jezus jest z szat odzierany, czuję słabość. W momencie, gdy przypominam sobie, ile razy sam obdzierałem Go z szat swoim złym postępowaniem, dostaję takich drgawek, że nie jestem w stanie utrzymać krzyża. Chwieję się na nogach. Upadłbym, gdyby nie podtrzymali mnie ludzie. Krzyża nie jestem w stanie donieść, ale w mojej głowie pojawia się myśl: „O nie! Mój malec chyba naprawdę coś zmienił w moim życiu”.

Operacja na ołtarzu
Prostowanie kręgosłupa drutem sprawia, że Olek nie może chodzić, praktycznie jest już kaleką. Wtedy dzwoni do nas brat Ewy, Tomasz: „Słuchajcie, w Poznaniu jest niesamowita klinika, która leczy sportowców i ma akredytację FIFA. Pracuje w niej wybitny lekarz, profesor Tomasz Kotwicki, onkolog, chirurg i ortopeda w jednej osobie”. W tym czasie mamy już rozpoznanie choroby: Olka zaatakowała osteoblastoma, niezwykle rzadki nowotwór, który pojawia się w wieku prenatalnym, a uaktywnia podczas dorastania. Jesteśmy przerażeni, gdyż ów „zżeracz kości” bardzo szybko postępuje i jest jednym z najbardziej bolesnych.

Profesor po usłyszeniu diagnozy z dnia na dzień podejmuje się leczenia. Przeprowadza operację, podczas której poprawia błędy po wcześniejszych lekarzach i usuwa metalową stabilizację. Po zabiegu pyta mnie i żonę: „Jesteście osobami wierzącymi?”. „Stajemy się” – wyjaśniam. I zaintrygowany dopytuję: „Dlaczego profesor pyta?”. Na co on odpowiada...

Cały artykuł w drukowanym wydaniu "Głosu Ojca Pio":
wydanie papierowe - zamów

wydanie elektroniczne (pdf) - zamów

e-wydanie - zamów

* Na podstawie świadectwa udzielonego w programie telewizyjnym „Odbudowani”, którego autorem jest Karol Gnat. Więcej na stronie: odbudowani.pl

Tekst Sebastian Jaworowski

[GOP 155/2025]


Sebastian Jaworowski – mąż Ewy, tata 22-letniej Amelki i 20-letniego Olka. Biznesmen, właściciel sieci szkół językowych, działacz społeczny i filantrop, założyciel i prezes Fundacji L. Członek kapituły nagrody „Dla Dobra Wspólnego” Prezydenta RP oraz wiceprzewodniczący jury nagrody polonijnej „Być Polakiem”.

Ostatnio zmieniany środa, 10 wrzesień 2025 19:43

Nowy numer "Głosu Ojca Pio"

Głos Ojca Pio 158 (2/2026)

Głos Ojca Pio 158 (2/2026)

Przeczytamy w nim o uśmiechniętym Panu Bogu i Jego zastępach. Ponadto dwie niezykłe historie: człowieka, który rozśmieszył śmierć, oraz dziewczyny, której Anioł Stróż podał pyszną kawę.

Czytaj więcej

      


 

WIDEO