Nam, facetom, wydaje się, że trzeba podjąć odpowiednie kroki, by wyrazić swój stosunek do drugiego człowieka. Toteż od rana do wieczora działamy zadaniowo: zamierzając gdzieś dotrzeć, obmyślamy trasę; pragnąc osiągnięć, wymyślamy skomplikowane maszyny; a chcąc być wsparciem dla ukochanej kobiety, inicjujemy konkretne działania, by jej to uświadomić… O ile w pierwszych dwóch przykładach, takie zachowanie jest zasadne, tak w ostatnim niekoniecznie. Z trudem dostrzegamy wpisany w nie błąd.
Bardzo często damy naszych serc czy przyjaciółki nie oczekują od nas jakichkolwiek działań, a jedynie zwykłej obecności. Uświadomiły mi to dwie wyjątkowe kobiety, z którymi spędziłem noc… Ha, mam was! Nie, nie, nie chodzi wcale o takie spędzanie nocy, jakiego obraz narzuciła nam brudna popkultura. Przekonajcie się sami...
22 listopada 2002 roku o godzinie 22.00 stawiłem się w szpitalu, by być obecny przy narodzinach mojego pierwszego dziecka. Nie byłem do tego przekonany, jednak podjąłem wyzwanie, gdy żona delikatnie – szanując moją decyzję – dała mi do zrozumienia, że bardzo by tego chciała. Nie powiem, żebym się nie bał, ale czym był mój strach wobec jej przeżyć? Postanowiłem być blisko i dzielnie trwać na posterunku. Sytuacja, w której jako facet nic nie mogłem zrobić, a jedynie towarzyszyć, była dla mnie najtrudniejsza. Zamiast tego chciałem działać lub chociaż coś mądrego powiedzieć, ale miejsce, czas i swoista intymność niepowtarzalnej chwili między matką i dzieckiem sprawiła, że w ciszy trzymałem żonę za rękę i ocierałem pot z jej czoła, by po ośmiu godzinach móc wspólnie z nią ujrzeć cud narodzin. Nie uważam, że w czymkolwiek jej pomogłem, jednak to doświadczenie jeszcze bardziej zbliżyło nas do siebie: żonie wystarczyła świadomość, że nie była sama, bo trwał przy niej ktoś, kto ją kocha. W tych wyjątkowych okolicznościach doświadczyłem, że to, co dla mnie, mężczyzny, znaczy tak niewiele, dla niej jest prawie wszystkim.
Drugą podobną noc przeżyłem, gdy przed laty skorzystałem z gościnności mojej przyjaciółki Ani. Pracowałem wtedy z doskoku w seminarium u braci kapucynów, a ona mieszkała tuż obok klasztoru. Miło było się spotkać i pogadać bez presji czasu. Pewnego razu Ania miała potrzebę wygadania się. Siedzieliśmy zatem, a ona mówiła. Coś mnie wtedy powstrzymywało od wtrącania się, wymądrzania czy zadawania zbędnych pytań. Tak mijały godziny. Na zakończenie Ania powiedziała coś, co dobrze zapamiętałem. Podziękowała mi, że ją zrozumiałem i dobrze doradziłem… Do dziś zadaję sobie pytanie, na czym owo doradzanie polegało?
Podobnie działa Bóg. Również wtedy, gdy z ust doświadczonych przez życie ludzi płyną w Jego kierunku słowa wyrzutu. W obliczu trudów, nieszczęść czy wielkich katastrof, jakich doświadcza ludzkość, wielu zadaje pytanie: Gdzie jest Wszechmocny, gdy ludzie cierpią, doświadczają ogromu niesprawiedliwości i umierają? Tymczasem Chrystus nie tylko nie obiecał nam nieba na ziemi, ale sam również doświadczał okrucieństwa ludzkiej doli i niesprawiedliwości od innych. Zupełnie też po ludzku, w chwili największego strachu i samotności pytał z wyrzutem śpiących uczniów: „Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” (Mt 26,40), a do swego Ojca w Niebie, okrutnie doświadczony cierpieniem, wołał: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15,34).
Czy tak zachowuje się kochający Bóg? Odpowiedź znalazłem...
Tekst Adam Maniura
„Głos Ojca Pio” [GOP 161/5/2026]
Cały artykuł w drukowanym wydaniu „Głosu Ojca Pio”:
wydanie papierowe – zamów
wydanie elektroniczne (pdf) – zamów
e-wydanie – zamów
ADAM MANIURA – mąż, ojciec, katecheta i miłośnik fotografii, prowadzi fotoblog bytominside.pl