Start arrow Życie i duchowość arrow Szkice do biografii arrow Przerażająca tajemnica
Przerażająca tajemnica Drukuj Email

Image Ojciec Pio doskonale pojmował znaczenie Mszy Świętej, dlatego nazwał ją przerażającą tajemnicą. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet od trzech godzin. Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać Mszę Świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.

 

Ojciec Pio był prawdziwym świadkiem wiary w Boga i Bogu. On, który uwierzył, że „Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami”, doświadczał – i to każdego dnia – żywej obecności Boga w sprawowanej przez siebie Eucharystii. Msza Święta była dla niego celebracją swoistego sacrum, podczas którego przeżywał cierpienie, mękę i śmierć Jezusa Chrystusa.

Ojciec Pio żył Mszą Świętą i dla Mszy Świętej. Do spotkania z Chrystusem w Eucharystii przygotowywał się już od godziny drugiej po północy, a niekiedy i wcześniej, aby o godzinie czwartej udać się do zakrystii i poczynić bezpośrednie przygotowania do sprawowania Najświętszej Ofiary. Niekiedy budził się w nocy, żeby się upewnić, czy nie nadszedł już czas na jej odprawienie. Nigdy bowiem nie chciał się spóźnić na tak ważne dla niego spotkanie z Chrystusem. Zapytany kiedyś przez współbrata, czy nie jest to dla niego za wcześnie, odpowiedział: „Mój drogi, nigdy nie będzie dość czasu, aby dobrze przygotować się do Mszy Świętej i przyjęcia Komunii świętej”. Dlatego przed każdą Mszą przez dwie godziny modlił się w swej celi zakonnej, odmawiając różaniec, a następnie przez całą godzinę rozmyślał nad Ofiarą Chrystusa. Później bardzo powoli ubierał się w szaty liturgiczne i przyklękał co chwilę, aby i te czynności uświęcić cichą modlitwą. Niekiedy, popychany jakąś wewnętrzną siłą, przynaglał współbrata do pomocy w ubieraniu szat liturgicznych, mówiąc: „Pośpiesz się! O piątej muszę być przy ołtarzu”. Pomagającym mu trudno było zrozumieć to zniecierpliwienie.

Kiedy nadchodził moment rozpoczęcia Mszy Świętej uspokajał się, a jego kapłańską duszę wypełniała myśl o Ofierze, którą za chwilę miał złożyć in persona Christi.

Wychodząc z zakrystii, bardzo powoli i z wielkim trudem zmierzał w kierunku prezbiterium, jakby słaniał się pod jakimś ciężarem, głęboko zamyślony, prawie nieobecny. Jego twarz nosiła ślady niewysłowionego bólu, z oczu płynęły łzy, wargi drżały, jakby poruszały się w intymnej rozmowie z Chrystusem prawdziwie obecnym na ołtarzu. Działo się to prawie zawsze podczas pierwszego ucałowania ołtarza, odmawiania Confiteor, na Munda cor meum przed czytaniem Ewangelii, podczas Credo, na Ofiarowanie, po Sanctus i od momentu Konsekracji aż po Komunię świętą. W tym czasie ogarniało go wielkie wzruszenie, „łzy spływały mu z oczu, a ramiona wstrząsane łkaniem zdawały się uginać pod przytłaczającym ciężarem”. Był to dar łez. Ojciec Pio płakał prawie przez całą Mszę. Źródłem tych łez nie było samo rozrzewnienie, lecz świadomość ogromu darów Bożych, spływających podczas każdej sprawowanej Ofiary, a także niewierność i małoduszność tych, którzy sprzeciwiali się przyjęciu Boga, raniąc Jego miłość.

Od początku sprawowania Najświętszej Ofiary Ojciec Pio przeżywał ją w obecności Maryi i chóru aniołów. Zapytany kiedyś, kto znajduje się najbliżej jego ołtarza, odpowiadał z niekłamaną szczerością: „całe niebo”.

Podczas Ofiarowania, przy Memento za żywych, kolejny raz wpadał w ekstazę, a następnie – po długiej chwili ciszy – wypowiadał prośby składane przez pielgrzymów i wymieniał z pamięci długą listę imion duchowych dzieci.

Najboleśniej przeżywał moment Przeistoczenia, zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu. Ekstazy, które trwały wtedy pięć, a czasem i więcej minut, następowały jedna po drugiej. Ojciec Pio był blady, spocony i drżał. Jego wzrok był mocno utkwiony w białej Hostii, którą trzymał w dłoniach, a głos nabierał szorstkiego i przykrego brzmienia, jak gdyby stygmatyzowany kapłan był w wielkim bólu lub męce. Powoli unosił Hostię do góry, trzymał długo, milczał, odkładał, wycierał płynące z oczu łzy, ponownie brał Hostię, pogrążał się w ekstazie i po długiej ciszy płaczliwym głosem wypowiadał słowa konsekracji, a nawet kilkakrotnie je powtarzał. Podobnie czynił z kielichem, przeżywając w tajemniczy sposób konanie Chrystusa w sobie. Był to czas prawdziwej agonii, w której Ojciec Pio przypominał bardziej męczennika przygniatanego jakimś niewidzialnym ciężarem niż kapłana odprawiającego Mszę Świętą.

Z ran jego rąk wypływała krew. Stygmatyk starał się to ukryć pod długimi rękawami alby, lecz cały kościół wypełniał się niezwykłym zapachem, który wydawały stygmaty. Był to kolejny nadzwyczajny dar, jakiego mogli doświadczyć pielgrzymi obecni na sprawowanej przez Ojcem Pio Mszy Świętej. Podczas Przeistoczenia charyzmatyczny kapłan najwyraźniej przeobrażał się w świadka i uczestnika cierpień Chrystusa na Golgocie, umierając mistycznie razem z Nim. Msza Święta była dla niego Ofiarą Krwi, podczas której doświadczał męki Chrystusa lub poszczególnych jej elementów, jak biczowanie czy koronowanie cierniem.

Dopiero kiedy na Per ipsum unosił do góry Najświętsze Postacie, na jego twarzy powracał spokój. Jednak i te czynności nie trwały krótko.    

Zbliżał się moment Komunii świętej. Kolejka pragnących przyjąć Jezusa w Eucharystii z rąk Ojca Pio była długa. Rozdawał ją powoli, bez pośpiechu i z namaszczeniem. Niektóre osoby pomijał, a tych, którzy nie mieli wystarczającej odwagi, aby przyjąć Jezusa, zachęcał swoim ciepłym i przenikliwym spojrzeniem. Pewnemu mężczyźnie, który czuł się niegodny przystąpić do Komunii świętej, powiedział: „To prawda, że nie jesteśmy godni tak wielkiego daru. Ale to inna sprawa przyjąć Pana Jezusa niegodnie, gdy się jest w grzechu ciężkim, a inna sprawa być niegodnym. Niegodni jesteśmy wszyscy. Ale to przecież On nas zaprasza. On tego chce”.

Podczas komunikowania zdarzały się liczne nadzwyczajne uzdrowienia. Dochodziło do wyrzucania złych duchów, a także nawrócenia ludzi, którzy odeszli od Kościoła lub z nim walczyli, czy też należeli do innych wspólnot chrześcijańskich.

We wczesnych latach kapłańskich Msze Święte odprawiane przez Ojca Pio trwały około trzech godzin, w latach pięćdziesiątych około półtorej godziny w dni powszednie oraz dwie i pół godziny w niedzielę. Na kilka lat przed śmiercią Ojciec Pio odprawiał Mszę Świętą już tylko przez godzinę. Na zarzuty, iż sprawuje ją zbyt długo, odpowiadał: „Pan to wie, że chcę odprawiać Mszę Świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę dalej odprawiać i iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.

Ojciec Pio sprawował Msze Święte w języku łacińskim, nawet po Soborze Watykańskim II, gdy wprowadzono do liturgii języki narodowe, otrzymał w tym celu specjalne pozwolenie. Podyktowane to było faktem, iż zakonnik miał prawie osiemdziesiąt lat i był prawie niewidomy.

Dobiegała końca Najświętsza Ofiara. W kościele panowało poruszenie. Ojciec Pio, wielce wzruszony, wypowiadał słowa rozesłania: Ite missa est!

Po skończonej Mszy Ojciec przez dłuższy czas odprawiał w zakrystii dziękczynienie, modląc się na klęcząco, a następnie godzinę – a niekiedy nawet dwie – spędzał na dziękczynieniu w chórze zakonnym. W drodze od ołtarza otaczał go tłum ludzi. Pielgrzymi chcieli ucałować stygmaty, prosili o błogosławieństwo, modlitwę, oczekiwali na słowo.

W latach, kiedy wiele czasu zajmowało mu sprawowanie sakramentu pojednania, skarżył się, że brakuje mu czasu na dziękczynienie po Mszy Świętej. Przestrzegał też wszystkich, którzy zaniedbywali dziękczynienie, tłumacząc się brakiem czasu lub wyjątkowymi sytuacjami: „Uważajmy, by „nie móc” nie przekształciło się w „nie chcieć”. Zawsze należy Bogu składać dziękczynienie”. Zachęcał swoje duchowe dzieci: „Cały dzień niech będzie przygotowaniem do Komunii świętej i dziękczynieniem po jej przyjęciu”.

Ojciec Pio żył życiem Chrystusa. Ołtarz był dla niego upragnioną Kalwarią, a sprawowana Najświętsza Ofiara – ukrzyżowaniem. Mszę Świętą, będącą decydującym momentem zbawienia i uświęcenia człowieka, Ojciec Pio nazywał przerażającą tajemnicą, w której biorący udział stają się uczestnikami cierpień ukrzyżowanego Chrystusa, bo jak mawiał: „…we Mszy Świętej zawarta jest cała Kalwaria”. Z całym oddaniem i gorliwością celebrował Ofiarę Krzyża, czyniąc ją treścią swego kapłańskiego życia. Wokół ołtarza eucharystycznego koncentrowała się jego uwaga i jego kapłańska aktywność.

Błażej Strzechmiński OFMCap
„Głos Ojca Pio” (nr 15/2002)

Zobacz też:
Gdzie jesteś, o śmierci?
Człowiek dobrego humoru
Niezwykłe spotkania z przybyszami z zaświatów
Stygmatyk czy oszust

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Myśl Ojca Pio
Najpierw obowiązek, przed każdą inną rzeczą, choćby i świętą.
Nowy numer

e-wydanie: eGazety.pl
e-księgarnia: e-Serafin.pl
promocja: z notesem
 
Sonda
Najtrudniejszy uczynek miłosierdzia to:
 
Informacje o Cookies
Nasz portal wykorzystuje pliki cookies. Możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki
Czytaj całość…
 
doOjcaPio.pl - portal pielgrzymkowy
e-kartki
kapucyni.pl