Dobrego dnia z Ojcem Pio
CZWARTEK, 17 SIERPNIA 2017:  W każdej sytuacji, dobrej i złej, zachowajmy pogodę ducha.

Czarownicy też mają moc...

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

mga halimbawa ng term paper berthold brecht and essay thesis thameside managed unit trust conceptual framework research papers homework help online tutor business research ethics paper research-papers-and-notecards ucla thesis file problems with compare and contrast essays article writing techniques Mit nieskażonego złem Piętaszka nie ma pokrycia w rzeczywistości. Czarny Kontynent jest dzisiaj wielkim targowiskiem krzyżujących się idei. Gra toczy się o wielką stawkę: kto ostatecznie zdobędzie rząd dusz – mówi Robert Wieczorek OFMCap, misjonarz od 23 lat pracujący w Republice Środkowoafrykańskiej.

Rozmawia Joanna Świątkiewicz

Nie bez powodu Afrykę nazywa się Czarnym Lądem. Mam na myśli nie tylko kolor skóry jej mieszkańców, ale przede wszystkim mentalność. Kiedy oglądam reportaże z tej części świata, odnoszę wrażenie, że niewiele się tam zmieniło, także pod względem religijnym. Również Ojciec w swojej pierwszej książce określił ją „jądrem ciemności”. Czy Afryka nadal potrzebuje uzdrowienia?
Dotykamy tutaj obskurnej strony skąpanej w słońcu Afryki. W cieniu duszy Afrykańczyka, pod skorupą normalnego zdawałoby się życia, czai się podejrzenie i strach – strach przed innymi i o siebie samego. Tradycyjna religijność afrykańska trzyma ludzi w spazmie nieustannego lęku, gdy tymczasem głoszone przez ostatnie półtora wieku chrześcijaństwo przynosi fundamentalnie nowe słowa Jezusa: „Nie bójcie się!”. 

Mówię to, bo jeśli miałby mnie spotkać zarzut ze strony etnologów czy ekologów, że brutalnie ingeruję jako misjonarz w ich świat, a Afrykańczyków trzeba pozostawić samym sobie z ich tradycyjnymi wierzeniami, to muszę powiedzieć: oni też mają prawo do poznania prawdy Ewangelii, mają prawo wyjść ze strachu ku wolności. Afryka to nie ludzki rezerwat ani doskonały ekosystem. Mit nieskażonego złem Piętaszka – „naturalnego poczciwca” – nie ma pokrycia w rzeczywistości. Afrykańczycy mieli wiele problemów natury duchowej przed poznaniem białego człowieka i jego religii – chrześcijaństwa, a jeszcze wcześniej islamu.

Monoteizm ma wiele ciekawych propozycji dla Afrykańczyka. Czarny Kontynent jest dzisiaj wielkim targowiskiem krzyżujących się idei. Gra toczy się o wielką stawkę: kto ostatecznie zdobędzie rząd dusz. Tradycyjna religijność afrykańska opiera się na przekonaniu, że tym światem zawiadują czarownicy (nganga, dżu-dżu) będący w posiadaniu tajemniczych mocy. Muzułmanie z północy Afryki przynoszą inną formę magii zwanej marabutyzmem. W tej sytuacji przychodzi chrześcijaństwo ze swą – tak różną – propozycją: możemy się obyć bez tego wszystkiego. Nie czary i ciemne moce, ale Bóg rządzi światem! Podobnie kiedyś św. Paweł przekonywał, że nie przez wzgląd na zachowywanie Prawa, ale dzięki wierze osiągamy usprawiedliwienie u Boga.

Teraz w Afryce ma miejsce przesilenie między dwoma przeciwstawnymi sobie opcjami: kultywowaniem magii oraz zrozumieniem, że to miłość Boga dominuje w świecie. Stawienie oporu ciemnej stronie jest konieczne, ponieważ chodzi o fundamentalną wizję świata.

Czy Afrykańczycy w podobny sposób postrzegają swoją sytuację?
Intrygujące jest, jak bardzo im zależy na zachowaniu pierwotnego sposobu myślenia. Zdarza mi się poddawać problem wiary w moc czarów pod refleksję katechistom w czasie spotkań formacyjnych, bo to oni są mymi najbliższymi współpracownikami. Gdy przytaczam jako argumenty teksty biblijne pochodzące ze Starego Testamentu, a już zakazujące praktyk magicznych, czy tragiczne w konsekwencjach przykłady stosowania się do zabobonów, oni wydają się stać murem, by jednym głosem bronić tezy: magia istnieje! No, dobrze – mówię – ale my, jako chrześcijanie, mamy Jezusa Zbawiciela, który nas wyzwolił od grzechu i złych mocy! W kim więc pokładacie nadzieję: w Bogu czy czarach? Oni jednak lawirują: Wierzymy w Jezusa, ale czarownicy też mają moc… Na dzisiejszym etapie istnienia tej dychotomii nie dociera do nich prawda o zbawieniu.

Przywiązanie Afrykańczyków do tradycji zdaje się być w dużej mierze bezkrytyczne. Mnie nie chodzi też o zanegowanie egzystencji złych mocy i praktyk szarlatańskich, ale pytam ich, czy jest im to potrzebne do życia. Mnie wystarczy Jezus i Boża łaska do wyrobienia sobie własnej wizji świata. Czary to wtedy zbędny dodatek i ścieżka wiodąca na manowce przesądów. Ale nawet moi najbliżsi – katechiści – choć nieśmiało, to jednak dają mi do zrozumienia, że im wiara w istnienie magii i jej realny wpływ na codzienne życie jest bardzo potrzebna… Mijamy się mimochodem.

Jak oni rozumieją uzdrowienie? Na czym ono według nich polega?
Afryka jest bardzo zróżnicowana – nie wolno uogólniać lokalnych tez i wsadzać wszystkich Murzynów do jednego worka. Tradycyjna antropologia w mojej szerokości geograficznej rozumie, że człowiek choruje, a w najgorszym przypadku umiera z powodu szkodliwej działalności tajemnych mocy szarlatanów. Najczęściej mówi się o ludziach posiadających magiczną siłę zwaną ngben lub likundu. Chodzi o zdolność pobierania od innych osób ich sił witalnych, manewrowania przebiegiem wydarzeń czy ludzkich decyzji. Dość powiedzieć, że na skutek tych machinacji osoba dotknięta zaczyna słabnąć i chorować albo ulega nieszczęśliwemu wypadkowi.

Teoretycznie można by sobie wyobrazić, że gdyby świat był pozbawionych złych ludzi (azo ti yoro w sango, czyli osób posiadających substancję trującą), to inni mogliby żyć wiecznie i w dobrym zdrowiu! Skoro jednak chorują i umierają, znaczy to, że ktoś im wcześniej zaszkodził. Leczenie zatem musi iść w dwóch kierunkach: zastosowania dobrego yoro, czyli antidotum na zneutralizowanie wpływu złej substancji, oraz obowiązkowego poszukiwania złoczyńcy, który potajemnie zaaplikował ową truciznę. Jeśli chodzi o yoro, nie trzeba jej kojarzyć z medykamentami, albowiem wystarczy gest, zwykłe dotknięcie. Dlatego konieczne jest poznanie nie tylko tego, co dolega choremu, ale i odnalezienie sprawcy, który rzucił nań tę chorobę.

Nganga – czarownik jest więc nie tylko znachorem, ale też pretenduje do roli jasnowidza, a nawet sędziego wydającego wyrok na winnego rzucenia czaru. Stąd trwanie w tej „logice” to nie zabawa w czary, ale gra o życie. Ludzie uznani za winnych ryzykują śmierć w torturach. Dziś uda ci się kogoś skazać – jutro sam możesz paść ofiarą. Ta śmiertelna loteria towarzyszy Afrykańczykom przez całe życie.

Osoby aktywnie uczestniczące w takim samosądzie uchodzą w oczach ogółu za bohaterów uwalniających społeczeństwo od zła. Tyle, że nikt się nie zastanawia, iż mimo tych odwiecznych łowów na czarownice, ludzie nadal chorują i umierają, a hydra zdaje się wciąż odradzać!...

Cały artykuł w papierowym wydaniu "Głosu Ojca Pio" [2/104/2017]


ROBERT WIECZOREK – kapucyn i misjonarz. Od 1994 roku pracuje na misjach w Republice Środkowoafrykańskiej. Autor książek: „Listy z Serca Afryki” i „Pęknięte Serce Afryki”. Dwuletnie studium arabskiego i islamu w Dar Comboni w Kairze zaowocowało publikacją „Koptowie. Staliśmy się śmieciem tego świata”. Obecnie proboszcz parafii Ndim w diecezji Bouar w RCA.

Ostatnio zmieniany środa, 01 marzec 2017 16:57

Nowy numer "Głosu Ojca Pio"

Głos Ojca Pio 106 (4/2017)

Tym razem „Głos Ojca Pio” podejmuje problem przypadku w życiu człowieka. Autorzy zastanawiają się, czy rzeczywiście ślepy los rządzi naszym życiem?

Czytaj więcej

    


Matka Boża Fatimska i Ojciec Pio

  1. Świadectwa
  2. Intencje do Ojca Pio

REKLAMA

WIDEO

Newsletter